Katalog

Iwona Pasieczna, 2016-07-22
Milejów

Ogólne, Scenariusze

Scenariusz części artystycznej „ŚWIĘTA SZKOŁY”

- n +






SCENARIUSZ

CZĘŚCI ARTYSTYCZNEJ



„ŚWIĘTA SZKOŁY”











„Ludzie lubią się śmiać –
z innych”








2013/2014

Mikołaj Olejnik - Wstęp

Stanisław Jerzy Lec napisał „Człowiek lubi się śmiać – z innych”, te słowa stały się inspiracją dla naszej dzisiejszej uroczystości.
Pragniemy zaprezentować utwory inne, żartobliwe, satyryczne, ukazujące w nieco krzywym zwierciadle nasze życie, relacje międzyludzkie oraz to, co w dniu dzisiejszym jest dla nas szczególnie bliskie – szkołę, czyli uczniów i nauczycieli…
Mamy nadzieję, że będziemy umieli wspólnie śmiać się nie tylko z innych ale również z samych siebie. Podążając za słowami Ignacego Krasickiego Śmiech niekiedy może być nauką, kiedy się z przywar nie z ludzi natrząsa prosimy o życzliwe przyjęcie i wyrozumiałość.
ŻYCIE CZŁOWIEKA

OSOBA 1: Dominika Szulc

Pewna pani na Marszałkowskiej
kupowała synkę z groskiem
w towazystwie swego męza, ponurego draba;

wychodzą ze sklepu, pani w sloch,
w ksyk i w lament: - Męzu, och, och!
popats, popats, jaka strasna zaba!

Mąz był wyżsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze
i mowi: - Zecywiście cos skace po trotuaze!

cy to zaba, cy tez nie,
w kazdym razie ja tym zainteresuję się;

zaraz zadzwonię do Cesława,
a Cesław niech zadzwoni do Symona -
nie wypada, zeby Warsawa
była na "takie coś" narazona.

Dzwonili, dzwonili i po tsech latach
wrescie schwytano zabę koło Nowego Świata;
a zeby sprawa zaby nie odesła w mglistość,
uządzono historycną urocystość;

ustawiono trybuny,
spędzono tłumy,
"Stselców" i "Federastów"
- Słowem, całe miasto.

Potem na trybunę wesła Wysoka Figura
i kiedy odgzmiały wsystkie "hurra",
Wysoka Figura zece tak:

- Wspólnym wysiłkiem ządu i społecenstwa
pozbyliśmy się zabiego bezecenstwa -
panowie, do gory głowy i syje!

A społecenstwo: - Zecywiscie,
dobze, ze tę zabę złapaliście,
wsyscy pseto zawołajmy: "Niech zyje!"
Gałczyński Konstanty Ildefons Strasna zaba wiersz dla sepleniących

OSOBA 2: Kinga Gańska

Moja mamo, z tą laleczką
Nie wytrzymam chyba dłużej!
Ciągle stoi przed lusterkiem,
Ciągle tylko oczki mruży.

To się muska, to się puszy,
To sukienki wciąż odmienia,
A co zniszczy kapeluszy!
Same, same utrapienia.

Ni do książki, ni do igły,
Tylko różne stroi miny,
Już doprawdy, proszę mamy,
Nie wytrzymam i godziny!

Klapsów chyba dam jej kilka
Albo w kącie ją postawię:
Dzień jest przecież do roboty,
A ta myśli o zabawie!

Na to mama: - Już ja tobie
Podam sposób na laleczkę;
Usiądź sobie tutaj przy mnie
I do ręki weź książeczkę.

Nie zaglądaj przez dzień cały
Do lusterka, ucz się ładnie,
A zobaczysz, że i lalkę
Do tych minek chęć opadnie.

Chcesz poprawić swą laleczkę,
Pracuj pilnie, pracuj szczerze...
Bo ci powiem, moja Julciu,
Ona z ciebie przykład bierze!
Maria Konopnicka – „Sposób na laleczkę”






OSOBA 3: Konrad Krupiński

Na dachu dwupiętrowego budynku dumnie prezentował się napis „Bank Rolno –Spółdzielczy w Ełku”. Poniżej zegar na murze wskazywał godzinę za dziesięć szóstą. Wewnątrz banku, przed kasą z tabliczką „Okienko realizuje wypłaty świadczeń alimentacyjnych dla samotnych matek z tytułu przynależności rolnej” stała Jadwiga Kozak, lat około trzydziestu. Obok trójka dzieci w wieku od sześciu do dziesięciu lat. Czwarte dziecko leżało w starym wózku spacerowym. W kasie kasjerka Maria Zupa jadła kotlet z makaronem.
- Ja mam do odebrania zaległe świadczenie alimentacyjne- powiedziała Kozak.
-To się okaże, czy pani ma – powiedziała Zupa na to bardzo subiektywne oświadczenie.
- Mam. Dwieście siedemdziesiąt siedem złotych.
- Dowód pani? – Jadwiga Kozak podała dowód.
- Pani się nazywa Jadwiga Kozak?
- TAK.
- Pani tu wcale nie jest podobna. – Zupa mówiła spokojnie, bo miała to opracowane w najdrobniejszych szczegółach i wiedziała, jak ta rozmowa się skończy.
- Do kogo nie jestem podobna? – nerwowo zaatakowała Kozak, która nie wiedziała, że w ten sposób pozbawia się jakichkolwiek szans na odebranie alimentów.
-Do nikogo. Ja to muszę sprawdzić.
Co powiedziawszy, kasjerka wzięła dowód Jadwigi Kozak i wraz z nim zginęła gdzieś na zapleczu. Na korytarzu, dwa kroki od okienka, przy którym stała Jadwiga Kozak z dziećmi, dwaj strażnicy bankowi Zygota I Kutyna palili papierosy. Nad nimi wisiała tabliczka z dużym napisem: „Palenie surowo wzbronione” oraz okrągły znak graficzny – przekreślony dymiący papieros. Najstarszy synek pani Jadwigi spytał matkę:
- Mamo, a tu nie wolno, a panowie palą?
- Palimy, bo mamy niebezpieczną pracę… odpowiedział Zygota.
- A co się tłumaczysz? – zdziwił się Kutyna.
- Palisz, bo państwo i społeczeństwo ma korzyści ze sprzedawania fajek. Nie dla siebie to robisz, tylko dla społeczeństwa. Daj, ja też zapalę. I zapalili. Palili zatem obaj.
- Niech dziecko wie, jakie jest życie. Każda praca z karabinem jest niebezpieczna przez to, że nerwowa jest. Więc palimy, bo papieros uspokaja! I mamy spokój w ten sposób. A w banku musi być spokój – powiedział Kutyna do Zygoty.
Zupa wróciła i rzucając dowód , powiedziała:
- My o osiemnastej zamykamy. Jutro pani przyjdzie. Ja nie będę na łapu-capu pracować… W banku musimy pracować spokojnie.
- To samo i my tłumaczymy tej pani – powiedział Kutyna . – Słowo w słowo.


OSOBA 4 : Magda Smolak


Była godzina siedemnasta pięćdziesiąt pięć na zegarze, który zdobił fasadę Banku Rolno-Spółdzielczego w Ełku, gdy pod ten bank podjechał właśnie stary polonez z reklamą skupu złomu. Wysiadł z niego wysoki, starszy mężczyzna. Odziany był raczej marnie. Szara, wypłowiała kurtka i wyszmelcowane spodnie od starego garnituru „tenis”. Trzewiki zdezelowane. Mężczyzna był blady, na głowie miał szopę siwych włosów, szare, krzaczaste brwi, duże, siwe wąsy i rogowe okulary sklejone plastrem leczniczym. Przez ramię miał przewieszoną brezentową torbę, też dobrze już wysłużoną. Kulejąc, właśnie wchodził po schodach do banku. Przed wejściem zauważył stojącego strażnika z karabinem. Strażnik Zygota zastąpił mu drogę.
-Do szóstej bank czynny.
- Jest za pięć szósta.
- No. Czyli już nieczynny…
Stary mężczyzna wyjął z kieszeni aparacik do inhalacji dla astmatyków. Teraz już mówił znacznie lepiej. Wyciągnął pięćdziesiąt złotych ze starego portfela i powiedział:
- Ja tu mam zaświadczenie, że mogę jeszcze wejść. – Zygota spojrzał na banknot, rozejrzał się i powiedział głośno”
- A, zaświadczenie? Tak, zgadza się. – I schował banknot do kieszeni, otwierając drzwi wejściowe.
Stanisław Tym „Ryś” fr.

OSOBA 5: Małgorzata Mazurek

W korytarzu komendy policji, przy stoliku spał wartownik. Molibden wszedł z Ochódzkim – oczywiście przykuty do niego. Molibden zatrzymał się , widząc wartownika, i potrząsnął nim…
- O! Pan komendant? Jak to miło – powiedział wartownik. – Niech pan wchodzi… Ale pan wystrojony… Imieniny pan ma?...
-Piłeś?
- No… na pana imieninach, to jak inaczej?...
Molibden podszedł do szafki na klucze, chronionej drzwiczkami z szybą i tabliczką „klucze służbowe”. Ale ani jednego klucza nie było. Była natomiast kartka, że „klucze służbowe skradziono”! Molibden z Ochódzkim poszli dalej korytarzem i mijali zdjęcie zbiorowe policjantów komendy w Suwałkach, z siedzącym pośrodku Molibdenem. Teraz Molibden otwierał drzwi swojego gabinetu, ale okazało się, że są otwarte i wychodzi z nich sprzątaczka Leokadia Wizuch. Popatrzyła z uznaniem na szefa.
-o, złapał go pan? Dobrze mu tak!
- Dlaczego dopiero teraz pani sprząta? Wieczorem ma być posprzątane. Wie-czo-rem!
-Oczywiście! – Odpowiedziała sprzątaczka. – Prosto ze szpitala tu przyjdę . męża pomylili w szpitalu! Tak. Z innym chorym. I temu innemu wzięli i zdrowy żołądek wycięli, a chore płuco zostawili, a mężowi mojemu znowuż wycięli zdrowe płuco, a żołądek chory został. Ale co robić. Reforma zdrowia. Już trzecia w tym roku, panie generale. Mało kto przeżyje…!


PIOSENKA – ENEJ „Tak smakuje życie”


OSOBA 6: Anita Parada

„Czerwony Kapturek” szedł przez las. Niósł kosz z wiktuałami, był znudzony. „Najgorsze, że kiedy dojdę do celu i zobaczę tego parszywego wilka, będę musiał udawać ,że nie wiem, o co chodzi. Będę mu zadawał głupie pytania: Babciu, dlaczego masz takie szpiczaste uszy, dlaczego takie duże zęby... Potem dam się zjeść , aż do kretyńskiego epilogu, kiedy to dzielny leśniczy rozpruje wilkowi brzuch i wyzwoli mnie i babcię. A potem wszystko od początku. Cóż za grafoman z brudną wyobraźnią napisał całą tę bajkę”.
„Czerwony Kapturek” kopnął muchomora, który stał mu na drodze.
„To przynajmniej – pomyślał z satysfakcją obserwując zdezintegrowanego grzyba – nie było
przewidziane programem. Ale takie małe dowolności nie rekompensują deterministycznej zasady”. Oto już domek babci. „Czerwony Kapturek” westchnął i zapukał do drzwi.
„Wejść” – usłyszał głos. Wszedł. Niby-babcia leżała jak zwykle na łóżku. „Czerwony
Kapturek” postawił kosz z żywnością na stole i usiadł na krześle obok łóżka. „Babciu, dlaczego masz takie szpiczaste uszy” – zaczął recytować, myśląc o czym innym..
Babcia-wilk coś odpowiedziała, ale „Czerwony Kapturek” nawet nie usłyszał, bo wiedział już
z góry, co miał usłyszeć. Przystąpił do drugiej kwestii. „Babciu, dlaczego masz takie duże zęby”. „... się
” – powiedziała babcia.
„Co?” – zapytał „Czerwony Kapturek”, bo był tak znudzony i tak myślał o czym innym, że
usłyszał tylko „się” na końcu, a to „się” nie zgadzało się z ustalonym tekstem. Rytualna odpowiedź powinna brzmieć : „Ażeby cię zjeść”. „Powiedziałam: nie wygłupiaj się, drogie dziecko. Jeżeli ci się znowu wydaje, że to jest bajka, a nie rzeczywistość, i że ja nie jestem twoją babcią, ale przebranym wilkiem, to się mylisz. A teraz pokaż, co przyniosłaś mi do jedzenia”. – „Czerwony Kapturek” westchnął jeszcze ciężej niż poprzednio i opuścił głowę. Zrozumiał, że prawdziwa nuda zaczyna się dopiero teraz.

Sławomir Mrożek KAPTUREK „Tygodnik Powszechny”, 34/1983

OSOBA 7: Magda Kędzia


Pewien Osioł, co myślał o sobie bógwico
i bógwico sobie wyobrażał,
jednego razu, idąc ulicą,
spotkał Rzeźbiarza;

i tak do niego: "O, chyba
sam Jowisz tu pana niesie,
świetnie, żem pana przydybał,
zrobi pan moje popiersie;

żeby, pan wie, z mojej gęby
blask taki bił i dowcip,
no, krótko mówiąc, żebym
przeszedł do potomności.

Najlepiej, wie pan, w marmurze,
nie, nie w marmurze, w granicie,
bo granit trwa jeszcze dłużej,
w granicie to znakomicie.

A może spiż? Co pan mniema,
żeby tak, panie, ze spiżu?
Widziałem przed laty trzema
coś takiego w tym... ee... w Paryżu:

Przedmieście. Pnie się powoik.
Cisza. Igraszki słońca.
A tors, panie, stoi i stoi,
a pod nim kolumna jońska;

dalej maliny i woda,
o, fotografię mam tu.
A może po prostu ze złota,
a oczy z wielkich brylantów?

Mistrzu, niech pan się postara,
nie będę zwlekał z zapłatą.

A może w chmurach z gitarą?
Mistrzu, ach, co pan na to?"

Rzeźbiarz tak odparł: "Pomału!
Wszystkie projekty są dobre,
tylko że brak materiału
to. Dyrektorze, problem;

bo jeśli chodzi o pana,
to takiego szukaj ze świecą.
Rzecz musi być wychuchana,
a nie tak, żeby byleco.

Ja mam dla pana materiał,
co nie ma go w żadnym sklepie".

"Przepraszam, jaki materiał?"

"Przyjdzie zima, śnieg spadnie, to pana ulepię".

Gałczyński Konstanty Ildefons „Dyrektor i pomnik”


OSOBA 8: Mikołaj Olejnik

Czasem idę spać i myślę sobie: „Ale nudny dzień”. A potem nagle wszystko dzieje się jednocześnie. Wolałbym, żeby los rozkładał mi atrakcje bardziej regularnie i w mniej skondensowanych dawkach, ale los ma w głębokim poważaniu moje sugestie.
W każdym razie kiedy wróciłem ze szkoły, Zośka już była. Razem z Matyldą , swoją przyjaciółką, siedziały z nosami w laptopie i obie były bardzo podekscytowane.
- Co robicie? – zapytałem, jakby mnie to obchodziło.
-Nic. – To odpowiedziała oczywiście Zośka.
- Szukamy facetów dla siebie – odparła Matylda.
Lubię Matyldę. Najbardziej chyba za to, że nie jest moją starszą siostrą. Zośka wymyśliła sobie idiotycznego Nicka: Murena, a Matylda nie wysiliła się i dała Nicka – Mati.
- Ciekawe, co z tego będzie? – zapytała rozmarzonym głosem Zośka i przeciągnęła się.
- Kłopoty – mruknąłem, ale obie udały, że mnie nie słyszą.
Słuchałem zatem ich opowieści o tym, kogo to wspaniałego poznają i jak to będzie cudownie. Zośka uznała, że trzeba myśleć pozytywnie i obie zaczęły wizualizować
- Minęło 10 lat, jak wygląda teraz twoje życie? Opowiedz mi o tym. Zośka siedziała po turecku z zamkniętymi oczami i rozanielona mówiła:
- Mam piękny dom w Tatrach, z tarasu widać Bałtyk …
-Musiałaś mieć wybitnego nauczyciela geografii – mruknąłem.
- Słuchasz czy nie?!- wściekła się Zośka.
- Ależ słucham bardzo uważnie. Masz dom w Tatrach z widokiem na Bałtyk, a dom jest ze szkła – mruknąłem.
Ona czyta tylko bryki, więc nie skojarzyła tego z czym trzeba. Fuknęła tylko, żebym był cicho.
- Siedzę sobie na leżaku, popijam świeżo wyciśnięty soczek z marchwi z odrobiną alkoholu.
- Marchew trzeba spożywać z tłuszczem, bo witamina A jest rozpuszczalna w tłuszczu, nie w alkoholu…
Słowo, że wyrwało mi się, ale nie mam siły spokojnie słuchać, gdy ktoś aż tak bredzi.
- Będziesz cicho? No i całkiem mnie wybiłeś z pantałyku. Wchodzi… Banderas . Tak, to on!
Zemdliło mnie. Zośka jest o cztery lata starsza. Jak można być tak naiwnym w jej wieku? Banderas?! Jak niby oni by rozmawiali. Przez tłumacza? Przecież Zośka brzydzi się nauką języków. A nawet gdyby znała jakikolwiek język obcy, to o czym by pogadała z Banderasem?
Kiedyś pisaliśmy na polskim rozprawkę. „Chwile szczęścia”. Prawie cała moja klasa napisała właśnie coś w tym stylu – że leżą na tarasie, piją jakąś ciecz, którą przyniósł im kelner, i patrzą sobie w niebo przez słoneczne okulary. Nie rozumiem, dlaczego to ma być szczęście. Ludzie chcą żyć aż tak płytko? Napisałem, że udało mi się wejść na Rysy razem z kimś, kto o tym marzył i patrzę na jego twarz w chwili, gdy to marzenie się urzeczywistniło. Dostałem dostateczny. Jacek napisał, że dla niego chwila szczęścia to moment, gdy umył okna , i teraz patrzy, jak nadciąga burza, którą dobrze, przez te czyste szyby widać. Też dostał dostateczny w każdym razie wyraźnie było widać, że nasza polonistka popiera wersję z cieczą na tarasie. Zośka, jak się okazało, też jest ofiarą tego globalnego marzenia.
Ewa Nowak „Yellow Bahama w prążki”




PIOSENKA – OT.TO „ku ku jestem na fejsbuku”



OSOBA 9: Bartek Jarosz

Środa 21 maja
Szósta klasa ogłosiła wybory miss szkoły. Kartki z nazwiskami kandydatek można wrzucać od dziś do pudełka wystawionego w holu. Miss ma być nie tylko ładna. Podczas eliminacji powinna się wykazać miłym usposobieniem i inteligencją. Co za bzdura! Nawet dziecko wie, że dziewczyny w naszej szkole dzielą się na głupie i bardzo głupie. Wymagać od dziewczyny, żeby była ładna i mądra – to naprawdę okrutna przesada. Wiadomość o wyborach miss rozeszła się błyskawicznie. Wszystkie samiczki, poczynając od zerówki, zrobiły się nerwowe, poprawiają kucyki i mizdrzą się nie do zniesienia.
Mam dowód na to, że miłość zaślepia – Piroman zgłosił kandydaturę Pućki! To piegowate czupiradło z posiniaczonymi kolanami ma być miss? Litości!!!
Joanna Olech „Dynastia Miziołków”




OSOBA 10: Emilia Rydz

Wtorek, 14 października
Beata gadała na lekcji i pani za karę posadziła ją ze mną . w zarazka jakby piorun strzelił. FIFA posłał mi mordercze spojrzenie. Poniekąd mają rację. Siedzenie z Zarazkiem jest na pewno bardziej dotkliwą kara niż siedzenie ze mną. Beata poustawiała na ławce jakiegoś wymiętolonego misia, świnkę Piggy, Alfa i jeszcze coś dziwnego, kudłatego. W plecaku nosi lalkę Barbie. Rany boskie! Królowa Jadwiga w jej wieku była już żoną Jagiełły, a to cielę przynosi do szkoły pół tuzina maskotek. Ale włosy to ma ładne, ciemnorude, splecione w warkocz.
Joanna Olech „Dynastia Miziołków”

OSOBA 11: Piotr Ocysek

Poniedziałek, 20 października
Pani Barszcz strasznie narzuca się facetowi od wuefu. Czai się pod salą gimnastyczną i wymyśla najgłupsze preteksty, żeby z nim porozmawiać. Myślałem, że to nie zdarza się w jej wieku. Ona ma ze trzydzieści lat, albo i więcej. Wuefmen, zwany Pięknym Lolem, może uchodzić za pięknego tylko w ciemnym tunelu. To jest dla mnie dowód na to, ze miłość jest ślepa. Natomiast jedyna rzecz godna uwagi u pani Barszcz to jej rozmiar buta -43? 44?

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”



PIOSENKA – „Ona tańczy dla mnie”



OSOBA 12: Wiktoria Hanc

Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.

Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy -
Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

Miejscowa kretynka odrzekła - Z ochotą,
Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.

Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko
I poszedł do kina z tutejsza idiotką.

Na miłym macaniu spłynęła godzinka
I była szczęśliwa miejscowa kretynka.

Aż wreszcie szepnęła: - kretynie tutejszy!
Ten film, mam wrażenie, jest coraz nudniejszy.

Więc poszli na sznycel, na melbe, na winko,
Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.

Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.

W ten sposób dorobią się córki lub syna:
Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.

By znowu się mogli spotykać przed kinem
Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.
Julian Tuwim „Karta z dziejów ludzkości”



OSOBA 13: Sylwia Kopeć

Jaki to chłopiec niedobry
Tak mnie wciąż zbywa niegrzecznie!
Muszę się gniewać na niego, Gniewać koniecznie.
Niedawno wyrwał mi z ręki
Zerwany w polu bławatek,
I przypiął sobie do piersi Skradziony kwiatek.
I jeszcze żartował ze mnie,
Gdym się żaliła na psotę,
Bo mówił, że ma coś więcej Ukraść ochotę.
Że oczy moje piękniejsze
Niźli ten kwiatek niebieski,
Że chce pić rosę z bławatków, A z oczu łezki.
I mówił dalej niegrzeczny,
Że mnie rodzicom ukradnie,
Tak straszyć kogo, doprawdy Że to nieładnie.
Chciałabym gniewać się bardzo!
Nie widzieć więcej... ach! trudno,
Wiem, że mnie samej bez niego Byłoby nudno
Ale go muszę ukarać,
Podstpu na to użyję:
Będę umyślnie płakała - Niech łezki pije!
Asnyk Adam „Bławatek”




PIOSENKA – OT.TO –„Ja kocham cię”




RODZINA

OSOBA 14: Sylwia Osiak

Ilekroć myślę o rzeczach nieprzystojnych, słyszę ulubione słowa mojej mamy:
„Judyto, jakże to tak? Tak cię wychowałam?”
Dawno już jestem wychowana. Jakieś trzydzieści parę lat minęło od chwili, kiedy ten proces powinien się był zakończyć, ale on trwa.
O matko!
Nie dość, że dali mi takie imię – Judyta – to jeszcze mi sprawili braciszka. I próbowali wychowywać. Nie byłam wychowywana na niegrzeczną pannicę, która ma nieprzystojne myśli. Miałam sprzątać po sobie klocki (zabawki, lalki, rajstopy, majtki, książki, szklanki po herbacie, popielniczkę, kieliszek, butelki). Mówić grzecznie dzień dobry, do widzenia,przepraszam, proszę, dziękuję. Myć ręce przed jedzeniem i najlepiej również po. Nie odpowiadać nie pytana. Być dobra dla braciszka. Z braciszkiem miałam kłopot – chętnie bym go wyprowadziła do lasu i tam zostawiła na zawsze. Zapakowała do chaty na kurzej nóżce. Zamieniła w jelonka. Oddała królowej śniegu. Zjadła. Potem bym go uratowała i przyprowadziła z powrotem. Stałabym się bohaterka rodzinną i wtedy kochaliby mnie bardziej.
A potem by dorósł i wyprowadził się na drugi koniec świata. Wtedy kochaliby mnie jeszcze bardziej.
Jak można się było spodziewać, nie wyprowadziłam braciszka do lasu. Nikt go nie zjadł, nie upiekł, nie zamroził. Nie musiałam go odmrażać.
Postanowiłam szczerze i otwarcie o tym pomyśleć, zatykając uszy na słowa mojej mamy:
„Mój Boże, nie tak cię wychowałam”

Katarzyna Grochola „Nigdy w życiu”

OSOBA 15: Michał Ceberak

Piątek, 20 czerwca
Mama pojechała z panią Mordką na posezonową wyprzedaż ciuchów. Zabrała wszystkie pieniądze z puszki po kawie. Kapiszon twierdzi, że to nie wróży nic dobrego. Poprzednim razem wróciły w liliowych szortach. Mama miała na sobie pilotkę z włóczki, a pani Mordka pluszowe bolerko. Na pytanie Mordki: „Jak wyglądam?” – tata odpowiedział zgodnie z prawdą –„Jak Benny Hill”. Strasznie podpadł!
Pani Mordka podarowała Mamiszonowi nową wagę. Czeską. Czeska waga ma tę zaletę, że odejmuje każdemu dwa kilogramy. Mamisz on zachwycony!

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”


OSOBA 16: Adrian Pietrzyk

Kochani Rodzice!
Na kolonii jest ekstra! Po pierwsze, nie ma Miziołków; po drugie nie ma pani Barszcz. Do Olsztyna przyjechaliśmy z opóźnieniem, bo taki jeden gruby z sąsiedniego przedziału pociągnął za hamulec bezpieczeństwa. Była straszna awantura, przybiegł maszynista i zapytał grubego, dlaczego zatrzymał pociąg. Na to Gruby, że widział przez okno kiosk ze słodyczami i chciał sobie kupić batona…
Wasz Miziołek


OSOBA 17: Joanna Biszkont

Sobota, 5 kwietnia
Mamisz on już dawno nie miał żadnego ze swoich słynnych napadów rozrzutności, które zdarzają się ilekroć tata dostaje premiś. Może dlatego, że dawno nie było premii. Jeśli się w porę rozpozna ten stan u mamy, można ja naciągnąć na różne pożyteczne rzeczy – na przykład kapslownicę, krawat na gumce, sztuczną brodę albo gadająca popielniczkę.
Na co dzień mama jest straszna chytruska, nie pozwala zjeść na raz więcej niż jeden torcik wedlowski i żałuje nam coca-coli, posługując się kłamliwymi argumentami, że cola rozpuszcza zęby. Szczęśliwie Mmiszon czasami odpuszcza i wtedy idziemy na wielkie zakupy. Tata mówi wówczas, że „rozum jej odjęło”. Na razie rozum Mamiszona jest na swoim miejscu, co mi się wcale nie podoba. Zapytałem, czy dostanę nowy rower. Gdyby milczenie było znakiem zgody, jak mawiali starożytni Rzymianie, mógłbym już się cieszyć.

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”


OSOBA 18: Karol Dudek

Niedziela, 6 kwietnia
Mama podparła drzwi do kuchni krzesłem i nie wpuszcza nikogo. Postanowiła nie kupować ciasta w cukierni – piecze sama. Pierwsza próba zakończyła się klapą. Na parapecie studzi się gniot z dziurka w srodku. Mama polała go obficie lukrem i twierdzi, że to drożdżowa babka. Niemożliwe! Widywałem drożdżowe babki, wyglądały zupełnie inaczej- nie były czarne.
Mały Potwór wypił waniliowy aromat do ciasta. Odbija mu się prostacko, ale aromatycznie.


OSOBA 19: Joanna Biszkont

Środa, 1 października
Ten, kto wymyślił młodsze rodzeństwo, powinien być wtrącony do lochu. Moja mała, słodka, cwana, wredna siostra doniosła mamie, że zamiatam śmieci pod łóżko. Mama przeleciała przez pokój niczym inspektor Sanepidu, wygarnęła spod łóżka wielkie koty z kurzu i ukarała mnie dwunastodniowym zakazem oglądania telewizji. Żadnej wdzięczności! A że przy okazji znalazł się jej pantofel i gwarancja od miksera, to pies? Niech no tylko Kaszydło przyjdzie się łasić do mojego pokoju, wytargam ją za ten, pożal się Boże, mysi ogon! Donosicielka!

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”



PIOSENKA – Long&Junior – „Moja szkoła”




SZKOŁA

OSOBA 20: - KLASA III

Najmilsza w szkole jest przerwa.
Tu, można pograć na nerwach
Koledze lub koleżance,
Co skakać chce na skakance.
I można „coś” na tablicy
Namazać kredą bielutką,
A potem można to „dzieło”
Zmyć gąbką mokrą szybciutko.

OSOBA 21: KLASA III

Najlepsza w szkole jest przerwa,
I slalom między ławkami,
I rzut ogryzkiem do kosza
I przyjaźń ta, między nami.
I małe obgadywanie,
Przezwiska i obietnice
I tuż przed lekcją zmyślane
Żarciki i tajemnice.


OSOBA 22: KLASA III


Najzdrowsza w szkole jest przerwa,
I okno z hukiem otwarte,
Kanapki prosto z plecaków
I głośne piętro i parter,
I to, że można pocieszyć,
I to, że można już pomóc,
I to, ze czujesz, że w szkole
Są chwile dobre – jak w domu.
Justyna Holm „Najmilsza w szkole jest przerwa”


OSOBA 23: Eliza Miller

Poniedziałek, 17 listopada
Mamy nową facetkę od polaka. Nazwaliśmy ją Przydawka. Jest prosto po studiach i zaczęła ambitnie – mamy przygotować szkolną inscenizację jakiejś bajki. Problemy zaczęły się, kiedy trzeba było wybrać repertuar. Dziewczyny upierały się przy Kopciuszku, ale nie było chętnych do roli brzydkich sióstr. Kuczmierowski zaproponował Panią Twardowską, bo tam „jedzą, piją , lulki palą”, a to by Kuczmierowskiemu pasowało. FIFA zgłosił Trzy świnki – patrząc wymownie na Patrycję, Beatę i Bubę. W końcu przegłosowano Calineczkę. Pani rozdała role, tylko Ropuchy nikt nie chciał zagrać.

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”


OSOBA 24: Małgosia Molenda

Wtorek, 25 listopada
Przydawka nie zrażona klapą naszego spektaklu ogłosiła konkurs poetycki. Każdy ma napisać wiersz o szkole, nagroda jest bezpłatny karnet na filmy kowbojskie. Klakson, który przepada za westernami, zaproponował mi resoraka w zamian za wiersz. Dla mnie to pestka, piszę wiersze tuzinami. Wszystkie świetne!

Środa, 26 listopada
Napisałem najdłuższy utwór w klasie. Mickiewicz przy mnie to pętak. Obiecałem Klaksonowi, że mu odpalę ze dwa bilety, jak wygram karnet. A oto mój wiersz:
Nasza szkoła to poemat
A szczególnie, gdy jej nie ma
Trzeba wstawać rano z łóżka,
Chociaż miękka jest poduszka.
Nauczyciel nie pozwala
Ławek niszczyć i rozwalać
A nauka w naszej budzie
Idzie wszystkim jak po grudzie.
Stąd ja często olewamy
Kiedy marny humor mamy.
Wolę raczej zjeść wątróbkę,
Niż z polaka mieć klasówkę.
To jest właśnie podstawówka,
Często trafi mi się lufka.

Piątek, 28 listopada
Ostatni raz w życiu dałem się namówić na konkurs poetycki. W tej mojej szkole nikt nie umie docenić prawdziwego geniuszu. Nagrodę wziął Zarazek – lizus i kompletny głąb. Napisał potwornego knota, a na dodatek nie ma w nim słowa prawdy:
Co rano wesół ide do szkoły,
Idąc do szkoły , jestem wesoły.
W szkole się pilnie uczę fizyki,
Języka polskiego i matematyki.
Do szkoły chodzę chętnie z rana,
Bo nasza szkoła jest kochana.
Jak to jest poezja, to ja jestem Kaczor Donald. Przydawka mi podpadła.

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”


PIOSENKA – „Wesoła szkoła”



OSOBA 25: Kinga Szostak

Józinek stanął w drzwiach swojej szkoły i za nic nie mógł zmusić się do wejścia. Hall tego olbrzymiego gmachu, mieszczącego podstawówkę i gimnazjum, pomalowany był na kolor zwietrzałej musztardy z Dijon, a pachniał – rzecz ciekawa – także zwietrzałą musztardą z Dijon. Mętnie polśniewające ściany, obwieszone gablotkami i plakatami, a także papieroplastyką, tworzyły ponurą perspektywę, zamkniętą szybem klatki schodowej.
W tej szkole sporo czasu traciło się na wyczekiwanie pod drzwiami; nauczyciele nie przykładali się do swojej roboty, w przekonaniu, że za takie marne grosze nie warto kiwnąć nawet palcem. Józinek szczerze popierał ich stanowisko. Niech się nie przykładają. Nie lubił tylko tego wystawania – zawsze z nudów bolały go szczęki.
Tego dnia jednak nie czekali długo. Już po dwunastu minutach od dzwonka na pustym korytarzu pojawiła się pani wicedyrektor Zajęczyk ze swoją kunsztowną fryzurą w kolorze smoły i rozdzieliwszy tłukących się bliźniaków jednojajowych o nazwisku Trojak, wydała rozkaz, by klasa natychmiast ustawiła się parami. Następnie przeprowadziła trzecią „f” na drugie piętro, do sali biologicznej, należącej do gimnazjum.
- Wasza pani nie przyszła – wyjaśniła im po drodze, sądząc widocznie, że sami tego, w swej głupocie, nie dostrzegli. – Lekcję spędzicie u mnie.
Zero zdziwienia. Nie takie rzeczy tu się widywało.
Małgorzata Musierowicz „Język Trolli”



OSOBA 26: Mikołaj Olejnik


Do szkoły mnie wzięli. Cóż w tym dziwnego? – zapytacie. Dla was może nic, dla mnie wiele.
To co dla wszystkich jest nic, dla każdego z osobna to dużo. Przeważnie za dużo. Przynajmniej dla mnie. Przede wszystkim za dużo nauczycieli, aż się od nich roi, gdzie spluniesz, to nauczyciel. A tymczasem ja mam tylko jedną głowę .Więc gdy ona tylko jedna, trzeba ją między nich dzielić jak arbuza. Jednak żaden nauczyciel nie zadowoli się ósemką,
ćwiartką, ani nawet połową, kiedy chce całego arbuza. „Jest Pan Bóg” – naucza mnie ksiądz katecheta. – „Nie ma żadnego Pana Boga” – naucza mnie profesor biologii.
Jak tu wierzyć jedną połową głowy, że Pan Bóg jest, a drugą, że go nie ma?
Śni mi się nocami, że jestem arbuzem na grządce i ze wszystkich stron skradają się nauczyciele, każdy uzbrojony w nóż .
„Zaraz zaczną mnie krajać” – myślę sobie. Im jednak nie o skrawki chodzi, tylko każdemu o całość. Rzucają się więc na siebie nawzajem i ten, który zarżnie wszystkich pozostałych, zabierze mnie całego. Nigdy nie wiem, który to będzie, bo ze strachu, że mnie przedtem rozdepczą w zamieszaniu, budzę się i już nie mogę zasnąć.
W sprawie Pana Boga pomyślałem sobie tak: jeżeli jest, to nawet jeżeli nie będę w niego wierzył – będzie w dalszym ciągu, nie zniknie przecież tylko na skutek mojej niewiary. Jeżeli go nie ma, to go i nie będzie, nawet jeżeli uwierzę, że jest. W ten sposób zobaczone zagadnienie „wierzę– nie wierzę” straciło na znaczeniu, a nawet stało się komiczne, ponieważ przypisywanie sobie aż takiej mocy, żeby od mojej wiary czy niewiary zależało istnienie czy nie – istnienie aż samego Pana Boga, to doprawdy czysty komizm, nie mówiąc już o bezczelności. Ale nie mówiłem o tym ani księdzu, ani profesorowi biologii, tylko zapisywałem ich lekcje albo udawałem, że zapisuję. Nie zawsze jednak byłem taki mądry, na początku zadawałem pytania i próbowałem dyskutować.
– Proszę księdza, czy ja mam duszę?
– Oczywiście, mój synu, co za pytanie. Każdy ma duszę.
– A po mojej śmierci moja dusza idzie do nieba?
– Jeżeli na to zasłuży, naturalnie.
– Wobec tego ja to co innego, a moja dusza to co innego. Ja mam duszę, czyli ona nie jest
mną, a ja nie jestem nią, skoro istniejemy rozdzielnie. Więc ja się zapytuję, co to jest to ja, kim jestem? Co to jest dusza, nawet się nie pytam, ewentualnie mogę się zapytać w drugiej kolejności, bo przede wszystkim chciałbym wiedzieć, kim jestem ja sam. Ksiądz postawił mi niedostatecznie i tyle skorzystałem. Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Próbowałem znaleźć
odpowiedź samodzielnie, ale bezskutecznie. Ja bym się nie pytał, gdyby mnie nie uczono, że „człowiek jest duszą”, ale nie, słyszę tylko, że „człowiek ma duszę”. Wobec tego, kto to jest, ten człowiek? Przecież ważniejszy jest ten, kto ma, niż to, co on ma. To znaczy – owszem, też
bym się pytał, wtedy bym się pytał „co to jest dusza”, a nie „kim ja jestem”. Wyszłoby na to samo i też byłby kłopot z odpowiedzią.
.

Sławomir Mrożek „Nauczyciele”



OSOBA 27: Mateusz Olejnik

Więc już wolałem profesora wszystkologii, bo u niego wszystko było wymyślone od początku do końca, przynajmniej czysta sprawa i wiedziałem, z czym mam do czynienia. Wszystkologia bardzo była ceniona i wszystkolog był jednocześnie dyrektorem szkoły. Kamieniem węgielnym wszystkologii była polityka, kamieniem węgielnym polityki była teza ekonomiczna, a kamieniem węgielnym tej ekonomicznej tezy był jeden Żyd z Trieru, bardzo zdenerwowany. W ogóle, jak każdą sprawę poskrobać, to okaże się, że pod niejedną siedzi jakiś jeden Żyd z jakiegoś miasta czy miasteczka. Co tyleż świadczy za Żydami, co przeciwko nim. Ten Żyd był namiętny i takim będąc nie mógł się powstrzymać od ogłoszenia swojej nauki nie jako tezy tylko, jeżeli już nie hipotezy, lecz ogłosił ją jako prawdę absolutną, która zawiera w sobie wszystkie inne prawdy. Takie zapewnienie stał
o się podstawą jego sukcesu, ponieważ tezą zainteresowałby się tylko ten czy ów, i to ze zrozumiałą rezerwą , natomiast prawdy absolutnej potrzebują wszyscy. Istotą wszystkologii jest to, że odpowiada ona wszystkim, choć nie każdemu, ale to jej wcale nie przeszkadza, bo nie-każdy nic nie znaczy wobec wszystkich. Z wszystkologiem nawet nie próbowałem dyskutować, nie tylko ze strachu, lecz także z pewności że dyskusja z nim nie miałaby sensu, dyskusja może dotyczyć tylko określonego tematu, ale nie wszystkiego. Wszystkolog czuł się więc bezpiecznie i najsilniej, z tego dobrego samopoczucia, pouczał.

Sławomir Mrożek „Nauczyciele”





OSOBA 28: Łukasz Kita

Z miłości bliźniego też były ćwiczenia. Od tego był nowoczesny instytut wyposażony w urządzenia video. Prawie wszyscy lubili ten przedmiot, bo najpierw asystenci rozdawali uczniom ciasteczka, a potem pokazywali trupka z jakiegoś wygłodzonego afrykańskiego kraju. „Nie wstyd wam?” – pytał profesor od HaPeeMBe (Humanistycznej Postawy i Międzyludzkiego Braterstwa). „Wstyyyd”, odpowiadali uczniowie chórem. „Bardzo dobrze” – chwalił profesor i stawiał klasie odpowiednią notę. My zaś rzeczywiście czuliśmy się bardzo dobrze, bo i ciasteczka były bardzo dobre, i wstyd, że my tu sobie je zjadamy ze smakiem, a tam na video trupek, też był w pierwszorzędnym moralnym gatunku. Więc czuliśmy się wrażliwi i szlachetni. Dopiero kiedy zwymiotowałem na profesora, zrobił się
skandal i omal nie wyrzucono mnie ze szkoły, czego gorąco pragnąłem, ale nic z tego. Ze szkoły nikogo się nie wyrzuca, przeciwnie, ze szkoły nie można nawet uciec.

Sławomir Mrożek „Nauczyciele”


OSOBA 29: Damian Pędzisz

Poniedziałek, 16 czerwca
Wszystkie stopnie już wystawione i pani Barszcz zabrała nas do Łazienek. Przed Pałacem na Wodzie stała wycieczka szkolna z Łomży i wrzucała monety do fontanny – taki przesąd.
Ledwo wycieczka się oddaliła, zaczęliśmy łowić forsę. Mnie, jak na złość, przypadły same pięciogroszówki, ale i tak starczyło na lody. A później zwiedzaliśmy pałac królewski, z którego pani Barszcz wyszła w muzealnych kapciach i mieliśmy niezłą zabawę, kiedy doszła w nich aż do przystanku. Tam jakaś starowinka, pozbawiona poczucia humoru, zwróciła pani Barszcz uwagę i trzeba było wracać.
W przyszłym tygodniu idziemy na Stare Miasto. Szkoda, że tam nie ma fontanny…

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”



OSOBA 30: Weronika Grudzień

Wtorek, 24 czerwca
No i rzeczywiście poszliśmy łapka w łapkę na to rozdanie – ja ubrany jak idiota – w białą koszulę i krawat, Mamiszon przebrany za Normalną matkę – to znaczy na obcasach, w spódnicy i z torebką. Kto nie zna Mamiszona – może da się nabrać!
Najpierw była część artystyczna – jak zwykle młodsze klasy tańczyły krakowiaka, a Głupia Emilka recytowała patriotyczny wiersz. Potem dyro palną mówkę i co chwila nazywał nas „drogą młodzieżą”, co bardzo śmieszyło Klaksona. Jak dyro przyłapał Klaksona na wagarach, to nazwał go zupełnie inaczej. Wreszcie poszliśmy do klas i tam pani Barszcz rozdała nam świadectwa. Głupia Emilka dostała spazmów, bo okazało się, że z plastyki ma piątkę, a nie szóstkę. Mamisz on zajął się cuceniem Emilki i dzięki temu minęło mnie przesłuchanie na temat czwóry z zachowania.
A potem starzy Piromana zaprosili nas na lody i Mamiszon całkiem zapomniał na mnie nawrzeszczeć.


Czwartek, 26 czerwca
Jutro wyjazd na kolonie. Kuczmierowski nie jedzie. Starzy zabierają go na pielgrzymkę. Chcą podziękować Opatrzności za cud – to znaczy za promocję Kuczmierowskiego do następnej klasy. Mama postanowiła zbadać, czy dobrze się spakowałem. Wytrząsnęła całą zawartość plecaka na podłogę i wszystkie rzeczy podzieliła na dwie kupki – „potrzebne” i „niepotrzebne”.
Do niepotrzebnych zaliczyła: wytrych, gumki recepturki, okulary z plastikowym nosem, kapiszony, spławiki. Do potrzebnych dorzuciła wielką stertę różnego rodzaju śmieci: pół tuzina majtek, patyczki do czyszczenia uszu, kalosze, proszki na chorobę morską, nożyczki do paznokci i podręcznik biologii. Nic nie szkodzi, jutro, przed wyjściem na dworzec, wepchnę to wszystko pod łóżko!!

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”



PIOSENKA – OT.TO – „Wakacje”




Opracowanie scenariusza
Iwona Pasieczna

Wyświetleń: 0


Uwaga! Wszystkie materiały opublikowane na stronach Profesor.pl są chronione prawem autorskim, publikowanie bez pisemnej zgody firmy Edgard zabronione.