Katalog

Justyna Jakubczyk-Gęsicka, 2013-06-07
Koszalin

Ogólne, Artykuły

Jak nie być toksycznym rodzicem?

- n +

Jako dzieci często mamy pretensje do rodziców za ich zakazy i nakazy. Gdy dorastamy ostrzej widzimy różnice dzielące nasze poglądy, upodobania i zachowania. Pogłębiający się konflikt pokoleń prowadzi do wewnętrznego przyrzeczenia – nie, ja nigdy nie będę tak traktował swoich dzieci.
Tymczasem rodzą się kolejne pokolenia młodych zbuntowanych, a konflikt pokoleń niezmiennie zajmuje to samo miejsce. Jest jakby wpisany w losy społeczności ludzkiej. Bez względu na rasę, miejsce zamieszkania dzieci powielają błędy swoich rodziców, jak w błędnym kole przekazujemy kolejnym pokoleniom „gen toksyczności”.
Bywa tak, że niektórzy ludzie świetnie radzą sobie w pracy, są cenionymi i sławnymi specjalistami, lecz ich życie osobiste, a szczególnie relacja partnerska jest pasmem niepowodzeń. Bywa też tak, że człowiek przeżywa stałą frustrację, nie mogąc zrealizować się zawodowo. Wciąż zmienia pracę i w każdej spotyka te same problemy. W końcu zaczyna się zastanawiać, czy nie ciąży na nim jakaś klątwa. Wielu z nas nękają dziwne dolegliwości , których przyczyny nie sposób ustalić nawet przy pomocy najnowocześniejszych metod diagnostyki medycznej. Są to depresje lub inne rodzaje zaburzeń nerwowo-psychicznych, skłonności samobójcze, nałogi, wybuchy zaskakującego i niepohamowanego gniewu, kołatanie serca, bóle żołądka lub jelit, dziwna chrypka, nadmierna nieśmiałość i wiele, wiele innych. Rozpoczynamy pielgrzymkę po gabinetach lekarskich, a medycy bezradnie rozkładają ręce, mówiąc, że przecież stan naszego zdrowia jest idealny i nie ma żadnych powodów do niepokoju. Niekiedy dla świętego spokoju przypisują leki, które oczywiście niczego nie leczą ani nie rozwiązują problemów. Okazuje się, że przyczyn takich objawów nie wykryje żadna medyczna aparatura. Są to wspomniane geny toksyczności, przekazane nam przez naszych rodziców.
Termin „toksyczni rodzice” został sformułowany przez terapeutkę rodzinną Susan Forward. W jej pojęciu oznacza on rodzica, który w sposób trwały, ciągły przez swoje zachowanie wytwarza w dziecku negatywne emocje, obniżenie jego samooceny, poczucie braku, lęku itd. „Nasi rodzice sieją w nas mentalne i emocjonalne ziarna – ziarna, które rosną wraz z nami. W niektórych rodzinach są to ziarna miłości, szacunku i wolności. Niestety w wielu innych są to ziarna strachu, obowiązku czy winy” pisze S. Forward.
Cóż więc zrobić, by nasza pociecha zapytana o swoje dzieciństwo ochoczo opowiadała radosne wspomnienia, pełne miłości do rodziców, którzy byli „wspaniali, dobrzy i cudowni”? Jak nie dopuścić by dziecko czuło się czarną owcą w rodzinie, nie czuło się winne za to, że bardzo zawiodło swoich rodziców? Jak zatem wychować człowieka z właściwym poczuciem własnej wartości?
Bardzo często opieka rodzinna utożsamiana jest z zaspokojeniem potrzeb bytowych, ekonomicznych jej członków. Ale dziecko, mimo tego, że często nie potrafi tego wyartykułować, oczekuje zaspokojenia potrzeb wyższego rzędu – potrzeb związanych z jego emocjami.
Zapominamy, że dla dorastającej dziewczyny niezmiernie ważne jest, by mieć komu opowiedzieć o swoich wewnętrznych odczuciach, a kolejne markowe ubrania i elektroniczne gadżety są tylko sposobem rekompensaty za błędy i wyrzuty sumienia dorosłych. Brak więzi uczuciowych w rodzinie, wzajemnej akceptacji, zaufania, wewnętrznej spójności, może być czynnikiem znacznie bardziej patogennym niż niedostatek w sensie materialnym. Jeżeli dziecko nie znajdzie wsparcia i zrozumienia w domu, zacznie ich szukać poza nim, a tam prócz uczciwych ludzi może się natknąć na gangi i sekty … i przepaść w nich.
W wielu rodzinach można zaobserwować dezintegrację, występującą w sferze kontaktów interpersonalnych, interakcji i więzi emocjonalnych. Z systemem naszych wartości jest podobnie – jako jednostki zbyt łatwo zapominamy o tym co dobre. Natomiast dezintegracja relacji interpersonalnych sprawia, że w wielu rodzinach brak jednomyślności w kwestii systemu wartości budowanej komórki społecznej. W rodzinach coraz częściej i wyraźniej obserwuje się osłabienie kontaktów miedzy rodzicami i dziećmi, brak wzajemnego zaufania, malejąca spójność emocjonalną. Zmiana stylu życia współczesnych rodziców wywołana przez wymogi współczesności prowadzi do wywołania u dziecka poczucia osamotnienia. Zjawisko to przyczynowo wiąże się ze zmianami miejsca zamieszkania, z przebywaniem w różnych środowiskach, nieobecnością w rodzinie przez wiele godzin w ciągu dnia. Rodzice mają coraz miej czasu dla swoich dzieci. Rozmowy stają się lakonicznymi frazesami w stylu: „A co tam w szkole? O której wrócisz? Jak leci” itp. Na co nastolatek odpowiada cos w rodzaju: „W porządku”, „Tak sobie”, „Ok.”, „Jakoś leci”. I znika – w swoim pokoju i w swoich sprawach. Brak miejsca na szczere rozmowy, na zaprzyjaźnienie się ze swoim dzieckiem. Wypełnienie dziecku czasu wolnego zajęciami pozaszkolnymi odciąży rodziców od obowiązków, natomiast nie pomoże w wychowaniu dziecka. Czasami gdy rozmawiam z rodzicami trudnych wychowawczo uczniów o tym ile to zajęć organizują dziecku po szkole z premedytacją pytam o wspólne spacery, zabawy, rozmowy. Ze zgrozą czytam doniesienia amerykańskich naukowców, że rodzice poświęcają swoim dzieciom zaledwie kilka, lub kilkanaście minut dziennie (ojcowie ok 5 , matki ok 20). Nie chodzi tutaj o czas poświęcany na wypełnienie naszych obowiązków rodzicielskich, tj: sprzątanie, przygotowywanie posiłków, odrabianie lekcji, itp. Chodzi o czas poświęcony na to, czego dziecko od nas oczekuje (zabawa, rozmowa). I tak po pewnym czasie okazuje się, że mieszkamy pod jednym dachem z kimś zupełnie obcym. A przecież jak mówi przysłowie Dalekiego Wschodu „najcenniejsze co możesz dać swojemu dziecku to twój czas”. Chciałabym przytoczyć jeszcze dwie mądrości mieszkańców tamtej strony świata:
1. Dziecko jest jak sprężyna, którą trzymasz w dłoniach. Gdy ją przyciśniesz zbyt mocno i raptownie puścisz, wyskoczy ci z rąk i już jej nie znajdziesz. Jeśli będziesz trzymał sprężynę w dłoniach stopniowo poluźniał dłonie – sprężyna pozostanie na swoim miejscu.
2. Do 5-go roku życia dziecku pobłażaj, do 10-go ucz go dyscypliny, do 15-go stań się jego przyjacielem.
Wydaje mi się, że życie zgodnie z tymi zasadami oraz pamięć o tym, jak to było gdy samemu było się dzieckiem nastolatkiem są receptą na bycie dobrym rodzicem. Człowiek dorosły często zapomina, że świat dziecka ma zupełnie inna perspektywę. Często też dorośli stawiają dzieciom wymagania na własną miarę zapominając, że dziecko nie ma naszej wiedzy i naszych umiejętności. Rodzice zbyt często nie dają dzieciom szansy na dojrzewanie w ich własnym tempie. I tak trzylatek ma idąc na dwór nie wybrudzić się, bo dorosły jakoś może być cały dzień być czysty, wiec czemu dziecko miałoby chodzić brudne. Tylko, że 30-latek wyrósł z potrzeby grzebania się w piasku i błocie, a dla 3-latka to jest największą atrakcją. Małe dzieci albo są cały czas czyste albo szczęśliwe (oczywiście mówiąc o plamach wynikających z faktu zabawy w piaskownicy, a nie tych wynikających z zaniedbania środowiskowego). Jak często rodzice snują plany, w których układają przyszłość swoich dzieci? I tak nastolatek ma iść do liceum i się uczyć, bo przecież zostanie lekarzem. Przerzucając na pociechę swoje niespełnione aspiracje rodzice nie dają jej prawa do bycia jednostką autonomiczną, która może mieć własne marzenia – niekoniecznie tożsame z ich marzeniami. Sytuację taką W. Eichelberger porównał do pracy ogrodnika, który z ziarenka bratka próbuje wyhodować okazały dąb. Z góry wiadomo, że takie zabiegi zdane są na niepowodzenie. Dlatego tak ważne jest by rodzic kochał dziecko, takim jakie ono jest – by nauczył cieszyć się krasa płatków, a nie rozpaczał nad brakiem żołędzi. Trzeba stale pamiętać, że budowla, którą nazywamy tożsamością dziecka wsparta jest na fundamencie – zabiegach wychowawczych jego rodziców.
W naszych głowach głęboko zakorzenione jest przekonanie o tym, że wychowanie sprowadza się do słowa – prawienia kazań i głoszenia morałów. Jednak zapominamy o sile nauki przez naśladownictwo. Wszak pierwszym sygnałem wychowawczym docierającym do dziecka jest zachowanie rodziców, ich słowa dopiero z czasem nabierają znaczenia. Wbrew potocznemu myśleniu, rola słowa w wychowaniu dziecka wcale nie jest dominująca. Dziecko od pierwszych dni swojego życia nasiąka wszystkim co widzi, słyszy, co dostaje do ręki, na co patrzy, a najmniej tym co się do niego mówi. Wiele większą siłę oddziaływania ma to, co mu pokazujemy, nie to co deklarujemy. Słowo samo w sobie jest tylko informacją umownie nadanym znaczeniu, rozkodowana przez mózg. Żeby mogło coś znaczyć, musi być poparte przeżyciem, powiązane z doświadczeniem. Dlatego też rodzice powinni mieć świadomość tego, że nie mogą oczekiwać od dziecka postaw innych niż te, które oni sami prezentują wobec innych osób. Dziecko uczy się szacunku do ludzi obserwując relacje między członkami jego rodziny. Brak wzajemnego szacunku we współżyciu rodziców – niewłaściwy sposób odnoszenia się do siebie, wulgaryzmy, lekceważący ton rozmów dorosłych. Dziecko bardzo silnie odczuwa brak, więzi emocjonalnej między ojcem i matką, pogłębia się u niego brak poczucia wspólnoty, wzajemnej solidarności i życzliwości. Sprawa komplikuje się, gdy dzieci zostają wciągane w konflikty toczące się pomiędzy rodzicami. Rodzeństwo dzieli się wtedy na obozy (część trzyma stronę ojca, część matki), nasilają się spory pomiędzy rodzicami a przeciwnymi obozami, a także pomiędzy rodzeństwem. Dzieci, które wzrastają w atmosferze toksyczności, staną się nosicielami genu toksyczności, a to oznacza, że najprawdopodobniej przekażą go swoim dzieciom.
Tu nasuwa się jeszcze jedna refleksja – nad autorytetem rodzicielskim. W takich rodzinach, jak ta wyżej opisana opiera się na dominacji rodzica nad dzieckiem, a w zasadzie na jego przewadze fizycznej. Dorośli zbyt często mylą autorytet ze strachem. Wyobraźmy sobie siebie jako człowieka u kresu swych dni, któremu dziecko ma przynieść posiłek. I zastanówmy się nad tym, jak będzie smakował ten przyniesiony nam ze strachu, a jak ta który zostanie nam podany przez kogoś, kto nas ceni i szanuje…?
Autorytetu nie buduje się strachem, jest on oparty na miłości, szczerości i wyrozumiałości.
Toksyczność rodziców uwidacznia się również u ludzi o obniżonym poczuciu własnej wartości. Takie osoby najczęściej w dzieciństwie były karcone i wyzywane za najmniejsze niepowodzenia. A przecież zamiast mówić komuś, że „jest głupi i do niczego się nie nadaje, nic nie potrafi zrobić”, można powiedzieć, że „robi coś źle i że może zrobić to inaczej”. Słowa oceniające dziecko negatywnie zdają się mieć olbrzymie znaczenie dla jego dorosłego życia. Bo jakie poczucie własnej wartości może mieć ktoś, kto rośnie w przekonaniu, że jest: „głupi, niezdarny, brzydki, niegrzeczny, niedobry, nic nie potrafi”? Dlatego trzeba uważać jak zwracamy się do dziecka, by z naszych słów nie uczynić samosprawdzającej się przepowiedni.
Mam nadzieję, że aspekty na które zwróciłam uwagę w tym artykule posłużą jako refleksja nad postawami rodzicielskimi dorosłych, którzy chcą poprawić więzi we własnych rodzinach. Artykuł ten to także refleksja nad sposobem budowania własnej rodziny, bez przekazania błędów starszego pokolenia, bez przekazywania własnemu dziecku genów toksyczności.

BIBLIOGRAFIA;

- Forward S.,Toksyczni rodzice. Jacek Santorski & Agencja Wydawnicza Warszawa 1993
- Gerstman S.,Kształcenie uczuć dzieci i młodzieży. Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych Warszawa 1961
- Izdebska J., Dziecko w rodzinie u progu XXI w. Niepokoje i nadzieje. Trans Humana Białystok 2000
- Kawula S.,Brągiel, J.Janke A., Pedagogika rodziny. Wydawnictwo Adam Marszałek Toruń 1998
Wyświetleń: 713


Uwaga! Wszystkie materiały opublikowane na stronach Profesor.pl są chronione prawem autorskim, publikowanie bez pisemnej zgody firmy Edgard zabronione.