Katalog

Dorota Wiśniewska
Ogólne, Artykuły

Spróbujmy razem

- n +

Spróbujmy razem

Kiedy w rodzinie przychodzi na świat dziecko zwykle towarzyszy temu wydarzeniu radość i euforia. Jesteśmy dumni z naszego bobasa. I tak być powinno.

Pierwszy rok życia naszej pociechy to dla nas radość z odkrywania coraz to nowszych jej umiejętności, smutek w przypadku choroby, ale w tym wszystkim trudno jeszcze dopatrzeć się zalążków procesu wychowania. Na razie możemy mówić o pielęgnacji, trosce, miłości i to wystarcza.

Po roku pociecha staje na niezgrabnych, ale słodkich nóżkach i zaczyna poznawać świat. Wszystko budzi jej ciekawość, po wszystko sięga rączką, zaczyna ściągać, zrzucać, wdrapywać się na meble. Dla rodziców nadchodzą ciężkie czasy, pora zastanowić się na co możemy szkrabowi pozwolić, a czego robić nie powinien. Oczywiście nie podlegają dyskusji przedmioty czy czynności dla dziecka niebezpieczne, ale dlaczego nie miałoby się pobawić słuchawką od telefonu, czy pilotem od telewizora. Tyle tam fajnych guziczków. Tylko że do zabawy służą zabawki, a to już dziecku wytłumaczyć trudno, a i wysiłek przy tym nie byle jaki i czasu brakuje. Pozwólmy mu na wszystko, niczego nie zakazujmy, niech rośnie bez stresów i żadnych nakazów, przyzwyczajajmy go do tego, że wszystko mu wolno. Czy przypadkiem nie jest to ofiara za święty spokój i wygodnictwo rodziców? Czy myślimy wówczas o tym, że nasz syn czy córka niebawem znajdzie się w społeczności rówieśników, w szkole, w której obowiązują jakieś zasady i ich przestrzegania konsekwentnie się wymaga?

I tu następuje zderzenie dwóch światów: domu i szkoły. W jednym z nich wolno skakać po wersalkach i fotelach, w drugim trzeba siedzieć w ławce, w jednym po zabawie zostawia się pokój do sprzątania mamie, w drugim każą po sobie posprzątać. Dlaczego pani w szkole nie pozwala jeść na lekcji, wymaga kultury i grzecznego zachowania?

Do czego prowadzi taka niejednolitość celów procesu wychowawczego? Nie odpowiem na to pytanie. Chciałabym, aby odpowiedzieli na nie wszyscy rodzice, w których jakiekolwiek wymagania ze strony szkoły wywołują bunt i poczucie krzywdy ich dziecka. Padają oskarżenia pod adresem nauczyciela, jeśli ten pozwoli sobie na podniesienie głosu czy zwrócenie uwagi uczniowi, który swoim zachowaniem niejednokrotnie dezorganizuje pracę całej klasy lub stanowi zagrożenie dla innych. Rozmowa wówczas jest krótka, nauczyciel jest zły, bo krzyczy na dzieci, a one są małe i nie można od nich niczego wymagać.

Więc kiedy jest czas na ukształtowanie człowieka? Na czym ma polegać wychowanie dziecka, które coraz częściej przebiega dwutorowo, a tory te w żadnym miejscu się nie spotykają. Szkoła swoje, dom swoje.

Przytoczę kilka przykładów z życia. Nauczyciel próbuje przesadzić ucznia, który podczas lekcji rozmawia z kolegą i nie reaguje na upomnienia. Uczeń odmawia zmiany miejsca. Co robi rodzic po wysłuchaniu skargi swego dziecka? Nietrudno zgadnąć. Udaje się do wychowawcy klasy i w obecności dziecka oświadcza, że nigdzie się ono nie przesiądzie, bo to jest wolny kraj i każdy ma prawo wyboru. Tylko szkoda, że nauczyciel go nie ma i musi znosić takiego "przeszkadzacza". Na znoszeniu go nie koniec, bo pewnie inni rodzice chcieliby, aby ich dzieci coś z lekcji wyniosły, a rozbrykany kolega niestety to uniemożliwia.

Inny przykład: uroczystość szkolna, zaproszeni goście, sztandar, hymn narodowy, zaprzysiężenie pierwszaków. Bohaterowie uroczystości rozmawiają, kręcą się, poszturchują, nie słychać prowadzącej. Dyrektor ośmiela się zwrócić uwagę uczniom. Mówi, że to ich święto, podkreśla jego uroczysty charakter, jednocześnie sugeruje rodzicom zwrócenie większej uwagi na ten aspekt wychowawczy. Co rodzice na to?

Piszą anonim do dyrekcji szkoły, doradzając nauczycielom zmianę zawodu, nie wiedzą bowiem, że dzieci są małe i nie wolno od nich niczego wymagać, a najgorsze zawsze były, są i będą dzieci nauczycieli.

Nie jestem wrogiem rodziców uczniów. W swojej 20-letniej praktyce nauczycielskiej spotykałam i spotykam wielu mądrych rodziców, których podobnie jak nas przeraża postępująca dewaluacja wszelkich prawdziwych wartości. Szanują oni wysiłek nauczycieli i chętnie biorą udział we wspólnych działaniach wychowawczych. Jednak takich rodziców nie jest zbyt wielu i tym trudniejsza staje się praca nauczyciela, który przecież ma nie tylko uczyć, ale i wychowywać. Ale jak wychowywać? Wbrew woli rodziców?

Drodzy nauczyciele! Nie dziwcie się więc, jeśli pewnego dnia uczniowie założą wam na głowę kosz na śmieci (patrz: sprawa toruńska), bo wtedy dowiecie się, że to wasza wina, gdyż jesteście niewydolni wychowawczo i nie radzicie sobie z uczniami.

Drodzy Rodzice! Kiedy Wasze dziecko rzuci w nauczyciela ścierką od tablicy, powróćcie wspomnieniami do wczesnego dzieciństwa Waszej pociechy i tam poszukajcie przyczyn takiego zachowania. Aha! I nie zapomnijcie powiedzieć nauczycielowi, który tą ścierką oberwał, że to jego problem, bo Wy ze swoim dzieckiem żadnych problemów nie macie.

Z życzeniami sukcesów wychowawczych dedykuję Rodzicom i Nauczycielom.

 

Opracowanie: Dorota Wiśniewska

Wyświetleń: 565


Uwaga! Wszystkie materiały opublikowane na stronach Profesor.pl są chronione prawem autorskim, publikowanie bez pisemnej zgody firmy Edgard zabronione.