Awans Informacje Forum Dla nauczyciela Dla ucznia Korepetycje Sklep
  [ Zaloguj się ]   [ Załóż konto ]
  Najczęściej szukane
Konspekty
Programy nauczania
Plany rozwoju zawodowego
Scenariusze
Sprawdziany i testy
  Media
Przegląd Prasy
Patronat
Medialny
Po godzinach
  Slowka.pl
Słówka na email
Język angielski
Język niemiecki
Język francuski
Język włoski
Język hiszpański
Język norweski
Język japoński
Język rosyjski
Gramatyka
Rozmówki

Maria Nowak, Danuta Gawron
Język polski, Scenariusze

Scenariusz lekcji - kim naprawdę jeste? Holdenie? - Jarome David Salinger: "Buszujšcy w zbożu".

- n +

Scenariusz lekcji - kim naprawdę jesteś Holdenie? - Jarome David Salinger: "Buszujący w zbożu"
Scenariusz lekcji

Temat: Kim naprawdę jesteś, Holdenie? - Jarome David Salinger: "Buszujący w zbożu".

Cele lekcji:

  • Uczeń rozumie i nazywa uczucia, przeżycia Holdena szukającego własnej drogi życiowej, starającego się obronić "przed niewiele wartym światem, w którym szkoły nie kształtują charakterów i wszystko można kupić za pieniądze".
  • Wskazuje w tekście prozatorskim fragmenty najlepiej oddające myśl przewodnią utworu J. D. Salingera.
  • Czyta ze zrozumieniem i wyodrębnia składniki treści istotne dla umotywowania postawy Holdena Caulfielda.
  • Redaguje opinie na temat postawy przyjętej przez Holdena.
  • Rozumie pojęcie "kolowializm" i wyjaśnia znaczenie zastosowanego przez autora powieści języka kolokwialnego dla tworzonego portretu psychologicznego bohatera.

Pomoce i materiały:

Teksty powieści "Buszujący w zbożu", załączniki, materiały fotograficzne i prasowe przedstawiające środowiska subkultury i propagowane przez nie formy buntu, karty pracy dla grup, "Słownik terminów literackich", "Słownik wyrazów bliskoznacznych", "Słownik języka polskiego".

Metody:

Aktywna praca z tekstem, "mówiąca ściana", dyskusja.

Formy pracy:

Grupowa, zbiorowa, indywidualna.

Przebieg lekcji:

I Zaangażowanie.

  • Podanie tematu i celów lekcji.
  • Praca indywidualna-zapisanie na karteczkach jednej, najważniejszej, zdaniem uczniów, cechy Holdena i umieszczenie odpowiedzi na "mówiącej ścianie".
  • Odczytanie przez nauczyciela wymienionych cech.

II Badanie i przekształcanie.

  • Uświadomienie uczniom rozbieżności w ocenie bohatera.
  • Przydzielenie pracy grupom (karty pracy i załączniki).

Grupa I

  1. Przedstaw zachowanie Phoebe po odkryciu prawdy o wyrzuceniu Holdena ze szkoły w "Pencey". Użyj w tym celu co najmniej pięciu rzeczowników określających przeżycia, postawę siostry (np. rozwścieczenie, bojkotowanie brata, wzruszenie, przejęcie, obawa o brata).
  2. Zacytuj zdanie, w którym Holden używa porównania dla określenia postawy siostry wobec jego problemów - ma ono związek z życiem szkoły ("Bo czasem Phoebe, taka smarkula, przemawia jak nudny belfer").

Grupa II

  1. Przedstaw w punktach powody, dla których Holden "wyleciał ze szkoły". Zachowaj jednolitą formę zapisu (równoważniki lub zdania).
  2. Jak oceniła postawę Holdena jego siostra? Jak Ty ja oceniasz i dlaczego?
  3. Zacytuj zdanie, które najtrafniej charakteryzuje postawę Holdena. ("Nic nie lubisz").

Grupa III

  1. Co lubił Holden i dlaczego?
  2. Jaki wpływ na postawę Holdena miała śmierć Jamesa Castle'a i Alika?

Grupa IV

  1. Gdyby zapytano Cię o zdanie na temat lektury "Romeo i Julia", o których bohaterach chciałbyś mówić?
  2. O kim i co mówił Holden?
  3. Zacytuj zdanie świadczące o krytycznym stosunku bohatera powieści J D. Salingera do schematycznego myślenia. Wyjaśnij, na czym polega schematyczne myślenie.

Grupa V

  1. Co najbardziej oburzało Holdena w "Pencey"? Dlaczego?
  2. Użyty w tekście kolokwializm "bujda" zastąp czterema wyrazami bliskoznacznymi (np. kłamstwo, nieprawda, fałsz, obłuda). Sprawdź w "Słowniku terminów literackich" znaczenie wyrazu "kolokwializm".
  3. Przeciwko czemu buntował się Holden w Elkton Hills? Dlaczego?

III Prezentacja i wnioskowanie.

  • Liderzy grup prezentują wyniki pracy.
  • Nauczyciel prosi, by jeden z uczniów w trakcie prezentacji zapisywał na tablicy wyrazy, wyrażenia i zwroty potrzebne do zredagowania notatki.
  • Uczniowie dyskutują na temat motywów postępowania Holdena.
  • Podają różne przykłady form buntu współczesnej młodzieży polskiej.
  • Zapisują pojęcie "kolokwializm" i określają znaczenie zastosowanego w powieści języka kolokwialnego.

IV Podsumowanie.

  • Tworzenie portretu psychologicznego bohatera utworu, np.:
    Holden jest inny niż otaczający go ludzie. Przygląda się sobie i światu. Szuka własnej drogi życiowej. Nie ulega pozornym wartościom. Ma dobre serce, jest wrażliwy.
    Gra różne role, by ukryć to, co w nim delikatne przed "głupotą belfrów, kolegów z internatu", wymaganiami ojca, oczekiwaniami "pobudliwych nastolatek". Stara się obronić przed "straszną rzeczywistością", co podkreślają kolokwializmy ujawniające rozdrażnienie siedemnastolatka, wewnętrzny bunt przeciw zakłamaniu, samotności, obojętności. Holden umie odróżnić prawdę od "bujdy". Ma krytyczny stosunek do schematycznego myślenia.
    Jest wartościowym człowiekiem.

V Ewaluacja.

Na oddzielnych kartkach uczniowie uzupełniają zdanie:
Na dzisiejszej lekcji zrozumiałem(-am) ............................................................................

Uwagi dotyczące realizacji lekcji.

Proponowany scenariusz jest przewidziany do realizacji w ciągu dwóch godzin lekcyjnych. Pozwoli to lepiej wykorzystać zgromadzone przez uczniów materiały, rozbudzić emocje, empatię i postawy kreatywne. Nauczyciel może też, po wprowadzeniu własnych modyfikacji scenariusza, pokazać fragmenty filmu fabularnego (np. "Więcej czadu" lub "Co gryzie Gilberta Grape'a?") i pogłębić treści istotne dla rozumienia doznań i przeżyć wieku dojrzewania.

Z naszych doświadczeń wynika (przeprowadziłyśmy lekcje w siedmiu klasach), że w pierwszej fazie zajęć uczniowie oceniają Holdena zdecydowanie negatywnie. Na "mówiącej ścianie" przeważają karteczki z określeniami: zły, niegrzeczny, nieposłuszny, niepoprawny, lekkomyślny, samolubny... W procesie lekcyjnym odkrywają bogatą problematykę poszukiwania sensu życia, złożoność natury ludzkiej, dostrzegają źródła zachowań i działań Holdena, zaczynają rozumieć postawę bohatera. Dochodzą do wniosku, że sami myślą i postępują stereotypowo. Jednocześnie bliski staje się im Holden i jego formy buntu.

Opracowały: Maria Nowak, Danuta Gawron



ZAŁĄCZNIKI



Załącznik 1

- Przecież mówiłem. Puścili nas wcześniej. Puścili wszyst...
- Wyleciałeś ze szkoły! Wylecialeśl - krzyknęła Phoebe. Rąbnęła mnie pięścią w udo. Twardą ma pięść, jeżeli chce uderzyć porządnie. - Wyleciałeśl O, Holden!
Przyciskała ręką usta, okropnie była przejęta. Phoebe szalenie łatwo się wzrusza, słowo daję.
- Skąd ci do głowy strzeliło, że mnie wylali? Nikt przecież tęgo nie mówił.
- Wyleciałeś! Wyleciałeś! - zawołała i znów rąbnęła mnie pięścią. Jeżeli wam się zdaje, że to nie boli, to się grubo mylicie. - Tatuś cię zabije! - powiedziała, l padła na łóżko plackiem, na brzuch, a głowę nakryła poduszką. Często tak robi. Czasem Phoebe zachowuje się zupełnie po wariacku.
- Przestań! - powiedziałem. - Nikt mnie nie zabije. Nikt nawet... Proszę cię, Phoebe, wyleź spod tej cholernej poduchy. Nikt mnie nie zabije.
Ale Phoebe ani drgnęła. Nie sposób jej zmusić, żeby zrobiła coś, na co nie ma ochoty. Powtarzała w kółko: "Tatuś cię zabije", ale trudno było zrozumieć, co bełkotała pod tą cholerną poduchą.
- Nikt mnie nie zabije. Zastanów się, głuptasie. Po pierwsze wieję stąd. Wiesz, co zrobię? Znajdę sobie pracę na jakimś ranczo albo coś w tym rodzaju i przesiedzę tam jakiś czas. Znam faceta, którego dziadek ma ranczo w Colorado. Możliwe, że tam dostanę pracę - powiedziałem. - Będę ci dawał o sobie znać, jak wywieję... Jeżeli wywieję. Uspokój się, Phoebe. Zdejmij ten tłumik z głowy. No, Phoebe! Proszę cię, proszę, słyszysz?
Phoebe jednak za nic nie chciała zrzucić z głowy poduszki. Próbowałem ją ściągnąć, ale mała jest piekielnie silna. Niełatwo ją pokonać. Słowo daję, jeśli Phoebe postanowi zatrzymać na głowie poduszkę, zatrzyma ją, nie ma rady.
- Phoebe, zrzuć te poduchę, proszę cię - powtarzałem. - No, Phoebel Pokaż się, Weatherfieldl Wyleźl
Nie chciała wyleźć spod poduszki. Czasem nie sposób się z nią dogadać. W końcu wstałem, poszedłem do salonu, wziąłem kilka papierosów z pudełka, co stało na stoliku, wsunąłem je do kieszeni. Byłem zupełnie wykończony.
Kiedy wróciłem, wszystko już było w porządku; tak jak przewidywałem, Phoebe wylazła spod poduszki, ale chociaż niby leżała spokojnie na wznak, wciąż jeszcze nie chciała na mnie patrzeć. Kiedy obszedłem łóżko dokoła i znowu na nim przysiadłem, odwróciła rozwścieczoną twarz w przeciwną stronę. Bojkotowała mnie po prostu. Tak samo jak drużyna szermierzy z "Pencey", kiedy zgubiłem w kolei podziemnej te ich przeklęte florety.
- Jak się miewa Hazel Weatherfieid? - spytałem. - Czy napisałaś o niej coś nowego? To opowiadanie, które mi przysłałaś, mam w walizie. Na dworcu w przechowalni. Bardzo ci się udało.
- Tatuś cię zabije.
No tak. Jak Phoebe wbije sobie ćwieka w głowę, niełatwo go sobie da wybić.
- Nie. Nie zabije mnie. W najgorszym wypadku zrobi znów straszliwe piekło i pośle mnie do tej cholernej szkoły wojskowej. Tylko tyle i nic więcej. A właściwie nie zrobi nawet tego, bo mnie tu nie zobaczy. Będę daleko stąd. Może w Colorado, na ranczo.
- Nie bądź śmieszny. Przecież nawet nie umiesz jeździć konno.
- Kto nie umie jeździć konno? Ja? Właśnie że umiem. Żebyś wiedziała, umiem. Tego można się nauczyć raz-dwa - powiedziałem. - A ty przestań skubać ten opatrunek - dodałem, bo Phoebe skubała plaster na ramieniu. - Kto cię tak ostrzygł? - Zauważyłem dopiero teraz, że włosy miała ostrzyżone najgłupiej w świecie. O wiele za krótko.
- Nie twój interes - odburknęła. Phoebe potrafi być bardzo niegrzeczna, kiedy jest zła. Bardzo. - Domyślam się, że zawaliłeś znowu wszystkie przedmioty - powiedziała. Ze złością. Trochę to nawet było zabawne. Bo czasem Phoebe, taka smarkula, przemawia jak nudny belfer.
- Wcale nie - odparłem. - Z angielskiego miałem bardzo dobrze!

Załącznik 2

l nagle, ni z tego, ni z owego, uszczypnąłem ją w pupę. Leżała na boku i wypięła pupę aż na środek pokoju. Co prawda, nie miała wiele do wypinania. Nie uszczypnąłem jej mocno, ale podskoczyła i chciała mnie trzepnąć po łapie, cofnąłem ją jednak w porę. Niespodzianie powiedziała:
- Och, dlaczegoś to zrobił?
Chodziło jej oczywiście o to, że wyleciałem ze szkoły. Powiedziała to takim głosem, że zrobiło mi się jakoś smutno.
- Phoebe, na Boga, nie pytaj mnie o to. Już mi w gardle stoi to pytanie; wszyscy mi je zadają po kolei - powiedziałem.
- Miałem milion powodów. To była jedna z najgorszych szkól, jakie dotychczas poznałem. Roiła się od durniów, l od podleców. Tylu podleców naraz w życiu nie widziałaś. Na przykład kiedy paczka kolesiów zebrała się na pogaduszki w którymś z pokoi, a ktoś chciał tam wejść, nie wpuszczali go, jeżeli to był chłopak głupawy i pryszczaty. Wszyscy się zamykali w swoich pokojach na klucz, żeby nikogo innego nie dopuścić. A w dodatku mieli ten swój cholerny tajny związek, do którego przez tchórzostwo nawet ja wstąpiłem. Pewien chłopiec, pryszczaty, nudny gość, Robert Ackley, koniecznie chciał także do tego należeć. Wciąż usiłował się dostać, ale tamci go nie chcieli przyjąć. Tylko dlatego, że pryszczaty i nudny. Nawet mówić o tym już się nie chce. Wstrętna buda. Możesz mi wierzyć na słowo.
Phoebe nie odzywała się, ale słuchała uważnie. Widziałem tylko jej kark i tył głowy, ale miałem pewność, że mnie słucha uważnie. Phoebe zawsze słucha, kiedy się jej coś opowiada. A najdziwniejsze, że prawie zawsze rozumie, o co chodzi. Fakt. Rozgadałem się o budzie "Pencey". Jakoś chciało mi się o tym gadać.
- Nawet tych paru sympatycznych belfrów to także byli w gruncie rzeczy durnie - mówiłem. - Taki na przykład stary pan Spencer. Jego żona zawsze częstowała mnie gorącą czekoladą i różnościami, oboje byli naprawdę sympatyczni. Ale trzeba było widzieć Spencera, kiedy podczas lekcji historii wchodził dyrek, stary Thurmer, i siadał w głębi klasy. Często przylaził i zwykle siadał w głębi klasy na jakieś pól godziny. Niby że bierze udział w lekcji incognito. Po pewnym czasie z końca sali zaczynał rzucać głupie żarciki, przerywając Spencerowi wykład co chwila. A stary Spencer malonie pękał ze śmiechu i rozpromieniał się, i uśmiechał, i wdzięczył jak przed jakimś cholernym królem.
- Nie choleruj tyle.
- Mówię ci, że porzygałabyś się, gdybyś to widziała. A znów Dzień Weteranów! Obchodzi się w szkole taką uroczystość, kiedy wszyscy durnie, którzy w "Pencey" kończyli studia od 1776 roku czy coś w tym guście - zjeżdżają się i łażą po całym terenie z żonami, dziećmi i tak dalej. Żebyś zobaczyła jednego z tych typków! Miał gość pod pięćdziesiątkę. Przyszedł pod nasz pokój, zapukał do drzwi i spytał, czy nie mamy nic przeciw temu, że skorzysta z toalety. Toaleta mieści się w końcu korytarza, nie rozumiem, po jaką cholerę nas pytał o pozwolenie. Nie zgadniesz, jak nam tę swoją chęć tłumaczył. Powiedział, że chce sprawdzić, czy na drzwiach jednego z klozetów widać jeszcze jego inicjały. Okazało się, że przed stu laty czy coś koło tego wyrył na drzwiach klozetu swoje litery i teraz był ciekaw, czy są tam wciąż jeszcze wyryte. No więc kolega z mojego pokoju poszedł razem ze mną, żeby dotrzymać towarzystwa facetowi i przyglądać się, jak będzie szukał tych swoich inicjałów. Gęba się staruszkowi nie zamykała, zwierzył nam się, że pobyt w ,Pencey" uważa za najszczęśliwszy okres swojego życia, i udzielał nam mnóstwo dobrych rad na przyszłość. Nie masz pojęcia, jak mnie ten gość przygnębił. Nie mówię, że to był jakiś podlec, nie, wcale poczciwy facet. Ale nie trzeba być podlecem, żeby działać przygnębiająco, czasem poczciwi ludzie także potrafią człowieka do rozpaczy doprowadzić. Wystarcza, jeśli udzielają idiotycznych rad, szukając jednocześnie swoich inicjałów na drzwiach klozetu - nic więcej nie trzeba. Bo ja wiem? Może by to wszystko nie było takie okropne, gdyby staruszek cały czas nie sapał. Widocznie zaszkodziło mu wejście na schody, był strasznie zasapany i szukając swoich liter na klozetowych drzwiach dyszał ciężko, nozdrza mu jakoś dziwnie i smutno latały, ale mimo to bez wytchnienia pouczał Stradlatera i mnie, żebyśmy jak najlepiej wykorzystywali szczęśliwe lata w "Pencey". Zrozum, Phoebe, nie umiem ci tego jaśniej wytłumaczyć. Po prostu nie lubiłem nic z tego co się działo w "Pencey". Nie umiem wytłumaczyć. Phoebe coś na to odpowiedziała, ale nie dosłyszałem. Leżała z ustami przyciśniętymi do poduszki i trudno ją było zrozumieć.
- Co mówisz? - spytałem. - Odklejże usta od poduszki. W ten sposób nic nie rozumiem, co tam gadasz.
- Ty w ogóle nic nie lubisz. Kiedy to powiedziała, ogarnęło mnie jeszcze gorsze przygnębienie.
- Właśnie że lubię. Tak, lubię. Na pewno. Nie mów tak. Po kiego diabla mówisz takie głupstwa.
- Mówię, bo tak jest. Nie lubisz żadnej szkoły. Nie lubisz miliona rzeczy. Nic nie lubisz.

Załącznik 3

- Lubię! Bardzo się mylisz, nie masz ani trochę racji. Po kiego diabla mi to powiedziałaś? - odparłem. Teraz znów Phoebe zgnębiła mnie na amen.
- Mówię, że nie lubisz, bo nie lubisz - powtórzyła. - No, wymień chociaż jedną rzecz, którą lubisz.
- Jedną rzecz? Taką rzecz, którą lubię? - powiedziałem. - Dobra, zaraz powiem.
Na nieszczęście nie mogłem ani rusz skupić myśli. Czasem okropnie trudno mi jest skupić myśli.
- Czy to musi być coś, co bardzo lubię? - spytałem. Nie odpowiedziała. Leżała w dziwacznej pozycji na drugim brzegu łóżka. Była o tysiąc mil ode mnie.
- No, mów! - nalegałem. - Coś, co bardzo lubię, czy też coś, co po prostu lubię?
- Coś, co bardzo lubisz!
Dobra - powiedziałem. Na nieszczęście wciąż nie mogłem się skupić. Nie przychodziło mi na myśl nic prócz tych dwóch zakonnic, które zbierały składki na biednych do obdartego, starego koszyka. Zwłaszcza jedną z nich zapamiętałem, tę w drucianych okularach. Przypomniał mi się też jeden chłopak, którego znalem w Elkton Hilis.
Był w Elkton Hilis pewien chłopiec, nazywał się James Castle, który o nie zgodził się odwołać tego, co powiedział o Philu Stabile, okropnym zarozumialcu. James Castle właśnie to o nim powiedział, że jest okropnym zarozumialcem, a któryś z podłych przyjaciół Stabile'a poleciał z jęzorem i powtórzył mu wszystko. Stabile wziął ze sobą sześciu takich samych jak on drani, poszedł do pokoju Jamesa Castle, zamknął drzwi na klucz i próbował zmusić chłopaka, żeby odwołał to, co powiedział. Ale James nie chciał. Wtedy tamci zaczęli się nad nim znęcać. Nie będę opowiadał, co z nim wyprawiali, to zanadto okropne. W każdym razie nic nie wskórali, James Castle nie załamał się mimo wszystko. A trzeba go było widziećl Chudy, mały, wyglądał na cherlaka, a ręce miał w kostkach cienkie jak patyki. Jak już nie miał innej rady, wolał oknem wyskoczyć niż odwołać. Ja w tym momencie stałem w kabinie pod prysznicem, a mimo to usłyszałem, jak spad na ziemię. Ale myślałem, że to wyleciało przez okno coś takiego jak radio czy też biurko, do głowy mi nie przyszło, że to mógł skoczyć któryś chłopiec czy w ogóle żywy człowiek. Potem usłyszałem tupot w korytarzu i na schodach, jakby wszyscy z domu biegli na dół, więc włożyłem płaszcz kąpielowy i pobiegłem za innymi. Patrzę, a tam James Castle leży na kamiennych stopniach przed domem. Zabił się na miejscu, zęby, krew, wszystko rozprysło się na dziedzińcu, nikt nie śmiał zbliżyć się do niego. Miał na sobie sweter, który ode mnie pożyczył. Chłopaków, którzy byli z nim zamknięci w pokoju, wyrzucono ze szkoły - tylko tyle. Nie aresztowano ich nawet.
Nic innego nie przychodziło mi na myśl. Tylko te dwie zakonnice, które obok mnie jadły rano śniadanie, i James Castle, chłopiec, którego poznałem w Elkton Hilis. Co najdziwniejsze, to Jamesa bardzo mało znałem, jeżeli chcecie wiedzieć prawdę. Był jednym z najcichszych chłopców w szkole. Kolegowaliśmy w tej samej klasie matematyki, ale siedział daleko ode mnie, w drugim końcu sali, i prawie się nie odzywał ani nie wychodził do tablicy. Niektórzy chłopcy unikają zabierania głosu i podchodzenia do tablicy. Zdaje się, że rozmawiałem z nim jeden jedyny raz, wtedy, kiedy mnie prosił o pożyczenie swetra, bo miałem taki sweter wciągany przez głowę z wysokim kołnierzem. Taki byłem zaskoczony, kiedy się z tym do mnie zwrócił, że mało trupem nie padłem. Pamiętam ten moment, właśnie myłem zęby w umywalni, kiedy James Castle mnie zagadnął. Mówił, że jakiś kuzyn przyjedzie po niego, żeby go zabrać na przejażdżkę. Nawet nie przypuszczałem, że James wie, jaki ja mam sweter. Bo ja o nim wiedziałem tylko to, że jego nazwisko figuruje na liście tuż przed moim; zawsze wywoływano w tym porządku: Cabel R., Cabel W., Castle, Caulfieid - do dziś umiem tę litanię na pamięć. Jeżeli mam być szczery, mało brakowało, żebym mu odmówił pożyczenia tego swetra. Po prostu dlatego, że się prawie nie znaliśmy.
- Co? - spytałem, bo Phoebe powiedziała coś, czego nie dosłyszałem.
- Nie możesz wymyślić ani jednej rzeczy.
- Właśnie, że mogę. Żebyś wiedziała, mogę.
- No, to mów.
- Lubię Alika - powiedziałem. - Lubię robić to, co robię w tej chwili, to znaczy siedzieć tutaj z tobą i gadać, i myśleć o różnych sprawach, i...
- Alik umarł, sam to zawsze powtarzasz. Jeżeli ktoś umarł i jest już w niebie, to nie można...
- Wiem, że umarł. Co ty sobie wyobrażasz? Że zapomniałem o tym? Ale na miłość boską, jeżeli ktoś umarł, to jeszcze nie powód, żeby go przestać lubić, zwłaszcza jeżeli to był ktoś tysiąc razy sympatyczniejszy niż inne znajome osoby, które żyją.

Załącznik 4

Nie, nie mówiła wcale tak, jak bym się spodziewał po zakonnicy.
- Owszem. Bardzo. Bardzo mi się podobało. Były tam szczegóły mniej dla mnie zachwycające, ale na ogół wzruszyła mnie ta historia.
- A co się panu nie podobało? Pamięta pan? Szczerze powiedziawszy krępowało mnie trochę wdawanie się z nią w dyskusje o "Romeo i Julii". Tam są przecież różne miłosne sceny, jakże o takich rzeczach mówić z zakonnicą. No, ale skoro sama chciała, porozmawialiśmy o tym trochę.
- Nie przepadam zanadto za Romeo i Julią - powiedziałem. - To znaczy, lubić, lubię, ale... sam nie wiem, jak to wyrazić. Chwilami nudzi mnie ta para. Bardziej się przejąłem, kiedy zginął Merkucjo, niż kiedy pomarli Romeo i jego Julia. Rzecz w tym, że przestałem lubić Romea, odkąd ten kuzyn Julii... jak on miał na imię?
- Tybalt.
- Odkąd Tybalt zabił Merkucja. Zawsze zapominam imienia tego bubka. Bo to Romeo był winien śmierci Merkucja, a Merkucjo podoba mi się najbardziej ze wszystkich osób w tej tragedii. Sam nie wiem czemu. Ci wszyscy Montekiowie i Kapuleci udają także, szczególnie Julia, ale Merkucjo... Nie umiem tego wytłumaczyć. Merkucjo był sprytny i zabawny, i w ogóle sympatyczny. Okropnie mnie irytuje, kiedy ginie ktoś miły, zabawny i sympatyczny, i w dodatku z cudzej winy. Romeo i Julia przynajmniej sami sobie byli winni.
- Do jakiej szkoły pan chodzi? - spytała zakonnica. Pewnie chciała po prostu zmienić temat.
Powiedziałem jej, że uczę się w "Pencey". Słyszała o naszej budzie. Powiedziała, że to bardzo dobra szkoła. Nie próbowałem o tym dyskutować. Tymczasem druga zakonnica, ta, która uczyła historii i ustroju, wtrąciła się mówiąc, że na nie już czas.

Załącznik 5

"Pencey" to prywatna szkoła średnia. Słyszeliście chyba o niej. Ogłasza się w stu ilustrowanych pismach, zawsze tym samym obrazkiem: chłopak konno skacze przez płotek. A ja tam przez cały rok nawet szkapy z bliska nie widziałem. Pod obrazkiem jest taki napis: "0d 1888 roku kształtujemy charaktery i oświecamy umysły, wychowując chłopców na wspaniałych młodzieńców". Wszystko to bujda. Ani w "Pencey", ani w żadnej innej szkole nie kształtują charakterów. Nie spotkałem też wspaniałych młodzieńców z oświeconym umysłem itd. No, może dwóch. Najwyżej! Ale ci, zdaje się, już tacy do "Pencey" przyjechali.
Życie jest grą, której prawideł należy przestrzegać. Gra, a jakże! Jeżeli znalazłeś się po tej stronie, po której są asy, to i owszem, można grać, przyznaję. Ale jeżeli trafiłeś na drugą stronę, gdzie nie ma żadnego asa - to co to za gra? Guzik. Nie ma gry.
Główną przyczyną mojego zerwania z Eikton Hilis było to, że nie mogłem wytrzymać wśród tamtejszych obłudników, w tym sęk. Wszystko tam było na pokaz. Równie fałszywego człowieka jak dyrektor tej budy, pan Haas, w życiu nie spotkałem. W niedzielę na przykład, Haas krążył między rodzicami, którzy przyjeżdżali odwiedzić chłopców, i witał się z gośćmi. Umiał czarować, ale nie wysilał się dla tych rodziców, którzy byli starzy i wyglądali biednie czy niezdarnie.

Zgłoś błąd    Wyświetleń: 9645
 
   Komentarze
  • Viola, 2006-01-18

    Bardzo przemyślana lekcja, duże zaangażowanie uczniów w jej przebieg.
    Gratuluję pomysłu.

  • assik, 2013-10-15

    ekstra pomysł dzięki



  • Dodaj komentarz
      Barometr
    1 2 3 4 5 6  
    Średnia ocena: 5



    Ilość głosów: 3
      Publikacje

    Nowe zasady publikacji
    Szukaj autora i tytuł
    Ostatnio dodane materiały
    Ranking publikacji 
    Najczęściej zadawane pytania
      Twoje konto
    Zaloguj się
    Załóż konto
    Zapomniałem hasła
      Forum
    Nauczyciel - awans zawodowy
    Matura
    Korepetycje
    Ogłoszenia - kupię, sprzedam, oddam


    O Profesorze - Napisz do Nas - Reklama - Polityka prywatności - Najczęściej zadawane pytania - Zgłoś błąd

    2000-2014