
BEZ WYBORU
Kiedy jedne samorządy z braku uczniów likwidują szkoły, inne zmagają się w dalszym ciągu z dwuzmianowością. Są i takie miasta, jak Łuków w Lubelskiem, gdzie wszystkie placówki pracują od świtu do wieczora.
Kuba Stasiński uczy się w III klasie Technikum Mechanicznego. Aby do niego dotrzeć, codziennie pokonuje 30 kilometrów w jedną stronę. Najgorzej jest, kiedy ma drugą zmianę. Co prawda lekcje zaczynają się dopiero koło południa, ale on wyrusza z domu przed dziewiątą. W Łukowie jest godzinę później. Kiedy jest ładnie, spaceruje po mieście. Jeśli pada albo jest zimno, siedzi w szkole na korytarzu.
- Nie mam innego połączenia autobusowego - tłumaczy Kuba. - Z powrotem też mam kłopoty. Po drugiej zmianie jestem w domu dopiero około dziewiątej wieczorem.
Razem z Kubą do klasy chodzi Marcin Filipek. On także dojeżdża kilkadziesiąt kilometrów. Podróż, czekanie na zajęcia, lekcje i powrót do domu w sumie zajmują mu kilkanaście godzin.
- To dość uciążliwe, ale nie mam wyboru, bo to jedyne technikum o takiej specjalizacji w okolicy - tłumaczy Marcin - Tylko o 22.00 już nie mam siły na naukę.
Grupowa łamigłówka
Mirosław Antonow, dyrektor Zespołu Szkół nr 1, w skład którego wchodzi między innymi Technikum Mechaniczne, rad by swoim uczniom przychylić nieba. Szczególnie tym dojeżdżającym, których jest ponad połowa. Jak by się jednak nie starał, nie pomieści 42 oddziałów w 22 salach lekcyjnych.
- Zaczynamy lekcje o 7.45 i kończymy na ogół o 18.40 - mówi dyrektor. - Są jednak dni w tygodniu, kiedy zajęcia trwają do 19.30.
Wtedy niektórzy zamiejscowi muszą się zwalniać z ostatniej lekcji, żeby zdążyć na ostatni autobus.
Zespół od lat jest największą szkołą nie tylko w mieście, ale i w całym powiecie. Liczy nieco ponad 1200 uczniów (prawie 1300 z dorosłymi słuchaczami). W ostatnim czasie i tak trochę się rozgęściło, więc nie ma kłopotu z zajęciami informatyki. Trzy pracownie i podział na grupy pozwalają tak je zorganizować, żeby każdy uczeń miał komputer tylko dla siebie. Gorzej jest z językami obcymi.
- Z zasady dzielimy na grupy tylko pierwsze klasy, żeby lepiej poznać umiejętności językowe i poziomy zaawansowania młodzieży - tłumaczy dyrektor.
Bo jakie jest wyjście? Na dobudowanie dodatkowego skrzydła nie ma miejsca, a kolejnego piętra nie wytrzymają fundamenty.
- Zdaję sobie sprawę, że szkoła nie powinna liczyć więcej niż 600 uczniów i pracować na jedną zmianę - mówi Janusz Kozioł, starosta łukowski. - Jednak na osiem prowadzonych przez powiat szkół ponadgimnazjalnych większość nie spełnia tych norm. Na razie nie możemy nic z tym zrobić. Staramy się polepszyć warunki poprzez budowę nowych sal gimnastycznych. Przy łukowskim liceum ogólnokształcącym, które także liczy około 1100 uczniów powstaje nowy budynek dydaktyczny. Na rozbudowę innych szkół nie mamy już pieniędzy. Zresztą to nie ma sensu, bo idzie niż. Jeszcze przez trzy lata liczba młodzieży będzie stała, ale już za osiem lat w klasach pierwszych będziemy mieć 600 osób mniej.
Chcieć to móc
Demografia jest także jedyną nadzieją dla miejskich szkół podstawowych i gimnazjów. A w sumie jest ich w Łukowie sześć. Wszystkie pracują na dwie zmiany. W Gimnazjum nr 2 na trzynaście sal lekcyjnych przypada 26 oddziałów.
- Matematyki nie da się oszukać - konstatuje Marek Kosiński, dyrektor "dwójki". - Przy takiej liczbie gimnazjalistów, a mamy ich 730, musimy pracować na dwie zmiany.
Kosińskiemu marzą się maksymalnie po trzy ciągi klas i dziesięciominutowe przerwy. Teraz ma trzy razy więcej oddziałów i większość przerw po pięć minut. Lekcje zaczynają się o 7.30, a kończą nawet o 18.30.
- Początkowo rodzice buntowali się i pisali petycje przeciwko dwuzmiaowości - wspomina dyrektor. - Wysyłali je do mnie i do burmistrza. Na szczęście mam to już za sobą. Chyba udało się nam przekonać wszystkich, że na dwie zmiany też można dobrze uczyć.
Dziś do "dwójki" przyjeżdżają nawet dzieci spoza obwodu szkolnego. Bo mimo ścisku i kłopotów lokalowych szkole udaje się osiągać sukcesy, o czym świadczą choćby wyniki egzaminu gimnazjalnego - powyżej przeciętnej dla Lubelskiego, czy piąte miejsce w wojewódzkiej klasyfikacji sportowej. Logistycznych cudów dokonuje też dyrektor, żeby znaleźć wolne sale na 48 działających w placówce kół zainteresowań. A plan lekcji ustalony jest tak, aby każde dziecko mogło wziąć w nich udział. Z wiadomych względów priorytetowo traktowane są klasy trzecie. Im od lat przysługuje przywilej zaczynania lekcji rano trzy razy w tygodniu.
- Najwięcej problemów mamy z wychowaniem fizycznym - przyznaje dyrektor Kosiński. - Jedna sala gimnastyczna przy podziale na grupy to za mało. Przy ładnej pogodzie do dyspozycji są przyszkolne boiska, gorzej kiedy pada. Wtedy na ogół zajęcia odbywają się na korytarzu.
Dla Mariusza Kiełczewski, nauczyciela wychowania fizycznego na początku kariery zawodowej taka prowizorka była szokiem
- Na studiach ćwiczyliśmy w dużych, pięknych obiektach i byłem przekonany, że w szkołach jest tak samo - opowiada. - Tymczasem tu trzeba było włączyć wyobraźnię i dostosować ideały do rzeczywistości.
Jest jednak szansa na poprawę warunków. Z analiz demograficznych wynika, że już za trzy lata być może uda się przejść na jedną zmianę. Już niebawem ruszy budowa nowej hali sportowej, przy której powstanie także kilka sal lekcyjnych.
Oba końce kija
Dwuzmianowość dla nikogo nie jest łatwa. Męczą się uczniowie, którzy popołudniami nie pracują już tak dobrze jak rano, szarpią dyrektorzy układając podział godzin i kombinując, jak ustrzec uczniów przed matematyką na 10 godzinie lekcyjnej. Gimnastykują się nauczyciele, próbując wcisnąć do jakiejś wolnej sali swoje, niejednokrotnie prowadzone społecznie, zajęcia pozalekcyjne. Jest jednak w Łukowie szkoła, a właściwie dwie mieszczące się pod jednym dachem, które znoszą trudy dwuzmianowości łatwiej niż inne.
- Gdyby w budynku była tylko podstawówka, lekcje mogłyby odbywać się na jedną zmianę - mówi Elżbieta Pogodzińska, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 1. - Na drugim piętrze mamy jednak gimnazjum i razem jest nam trochę ciasno. Dla naszych dzieci ma to jednak także swoje dobre strony.
Obie placówki prowadzą oddziały integracyjne. Wyremontowany bu-dynek wyposażony został w windy i podjazdy, a także inne udogodnienia dla niepełnosprawnych, z których korzystać mogą zarówno uczniowie podstawówki, jak i gimnazjaliści. Jest także logopeda, rehabilitant, psycholog.
- Dla dzieci specjalnej troski zmiana otoczenia jest dużym stresem. Taka koegzystencja łagodzi nieco napięcia spowodowane przejściem z jednej do drugiej szkoły - tłumaczy dyrektor Pogodzińska. - Poza tym istnieje również możliwość skorzystania na miejscu z centrum terapeutycznego i pomocy specjalistów. To, że uczeń kończąc podstawówkę przenosi się tylko na wyższe piętro, umożliwia rehabilitację z osobami, które doskonale znają dziecko i jego potrzeby.
Co ciekawe w "jedynce" panuje pogląd, że dwuzmianowość ma jeszcze jedną zaletę: łatwiej zaplanować zajęcia pozalekcyjne. Często zdarza się bowiem, że jeden nauczyciel prowadzi kilka kółek w różnych klasach. Jeśli wszystkie kończyłyby o jednej porze, musiałby z części zrezygnować. Elastyczniej da się także ułożyć grafik wyjść na basen.
- Prawdą jest, że nie odczuwamy dwuzmianowości tak bardzo jak inne szkoły, bo młodsze klasy kończą zajęcia najpóźniej po 15, a starsze o 16.45 - przyznaje Elżbieta Pogodzińska.
Jednak czasem, kiedy pojawiają się kłopoty wychowawcze i spięcia z gimnazjalistami korzystającymi z tej samej klatki schodowej, sali gimnastycznej i stołówki, dyrektorce marzy się, żeby mieć szkołę tylko dla siebie.
Nadziei wielkiej na to raczej nie ma. Miasto nie planuje w najbliższym czasie inwestowania w nowe budynki z prostego powodu - dzieci w mieście coraz mniej.
- Samorząd nie zlikwidował żadnej szkoły - podkreśla Władysława Ostrowska, naczelnik Wydziału Edukacji. - Przed reformą mieliśmy sześć podstawówek. Po zmianach w strukturze szkolnictwa trzy z nich przekształciliśmy w gimnazja. Teraz staramy się wyremontować budynki, wybudować sale gimnastyczne. Uznaliśmy, że to ważniejsze inwestycje niż nowa szkoła. Szczególnie, że w perspektywie niżu bylibyśmy zmuszeni z czasem zamykać niektóre z nich.
Z prognoz demograficznych wynika, że za 2-3 lata większość placówek ma szansę przejścia na jedną zmianę. Byłoby to udogodnienie, jakiego nie pamiętają najstarsi łukowscy nauczyciele. Bo w tym mieście dwuzmianowość jest od niepamiętnych czasów. Najgorzej było 10 lat temu, kiedy szkoły pracowały nawet do 20. A i tak nie mieściły się w swoich budynkach. Wynajmowano wtedy pomieszczenia w spółdzielniach mieszkaniowych i na plebanii.
- Pamiętam jak w połowie lat 80. pracowaliśmy na trzy zmiany i uczyliśmy nawet w soboty - wspomina Barbara Leśniak, inspektor Wydziału Edu-kacji, Kultury i Sportu Urzędu Miasta.
Dwadzieścia lat później w Łukowie pod tym względem niewiele się zmieniło. Nauczyciele zastanawiają się, jak mają realizować założenia reformy oświatowej, która kładła nacisk m.in. na indywidualny rozwój ucznia, dostrzeganie jego predyspozycji i określenie właściwej drogi edukacji. Te cele trudno osiągnąć w zatłoczonej pracującej na dwie zmiany szkole.
Gdzie na dwie zmiany?
Ze statystyk wynika, że nie powinno być problemu dwuzmianowości w podstawówkach i liceach ogólnokształcących. W tych typach szkół, we wszystkich województwach sal lekcyjnych jest więcej niż oddziałów.
Na dwie zmiany mogą pracować natomiast szkoły zawodowe w niektórych województwach. I tak w wielkopolskim klas jest o ponad 900 więcej niż izb lekcyjnych, w świętokrzyskim brakuje sal dla prawie 230 oddziałów, w mazowieckim - 220, w kujawsko-pomorskim - 185. Sytuacja wyglądałaby jeszcze gorzej gdyby odliczyć sale gimnastyczne, pływalnie, pracownie komputerowe i językowe oraz warsztaty szkolne.
Problemy lokalowe mają także gimnazja. W woj. pomorskim brakuje pomieszczeń dla prawie 260 klas, w kujawsko-pomorskim - 189, w podlaskim - 65, w lubelskim 41.
Anna Wojciechowska
|